Pod rezydencję Elizabeth i Henry’iego McGonagall podjechał
czarny, elegancki samochód. Biegiem wybiegła z niego Rebecca, a za nią wolnym
krokiem podążył Henry. Na schodach przed głównym wejściem stała dojrzała
kobieta jednak młodsza od Henry’iego. Na jej włosach widać było oznaki biegu
lat. Była to Elizabeth – żona ojca Any. Wyszła na spotkanie mężowi. Był to jej
stały rytuał. Nieopodal kobiety stały dwie służące. Rebecca nie przywitawszy
się z matką pobiegła do swojego apartamentu. Henry rzucił żądanie do jednej z
kobiet:
- Idź do kucharki. Niech
przygotuje pieczeń wołową i jakieś przystawki. Tylko szybko.
Kobieta
dygnęła przed swoim chlebodawcą i pobiegła do kuchni.
- Witaj kochanie. – przemówiła
Elizabeth całując męża na powitanie. - Spodziewamy się dzisiaj gości?
- Tak kochanie. Musisz o czymś
wiedzieć, Wiesz o tym że Rebecca nie jest twoją biologiczną córką. Jednak…
- Co ty ukrywasz? Nie mów że jest
coś jeszcze. Powiedz że masz jeszcze jedną córkę z tą przeklęta Isabellą.
- Kochanie ….
- No mów wreszcie.
- Przyjedzie do Nas Ana de Blanco
-
moja córka a siostra bliźniaczka
Rebecci.
- Co takiego?! – pyta kobieta
- Dzisiaj przyszła do mnie do
gabinetu.
- Na pewno to jakaś oszustka. Nie
chce jej widzieć w naszym domu.
- Kochanie dla mnie również było
to wielkie zaskoczenie. Jednak to moja córka. Mam wobec niej pewne
zobowiązania.
- Zobowiązania masz wobec swojej
rodziny a to my jesteśmy twoją rodziną! – wykrzykiwała
kobieta.
- Ona też jest moją rodziną! To
moja córka! Teraz nie ma nikogo poza mną i dziadkami!
- A ta przeklęta Isabella? –
zapytała ze złością
Elizabeth wchodząc
do rezydencji.
- Moja żona nie żyje. Została
zamordowana.
- Bogu niech będą dzięki! Mam
nadzieję że smaży się w piekle.
- Elizabeth! Przestań tak mówić.
To moja żona! – strofuje ją Henry
Mężczyzna
nie mógł ukryć swojego oburzenia słowami żony. Był świadomy, że Elizabeth
należała do osób, które żądają wszystkiego dla siebie, nie dając nic w zamian.
- Nie zapominaj że to ja jestem
twoją żoną i to mnie należą się jakieś prawa a nie umrzykowi. – kontynuowała
Elizabeth - Przyznaj do tej pory nie zapomniałeś o niej?
Mężczyzna tylko spuścił bezradnie głowę. Jego
żona miała racę. Przez te wszystkie lata nie zdołał zapomnieć wspaniałych chwil
spędzonych u boku pierwszej żony. Isabella, była przeciwieństwem Elizabeth.
- Masz się zjawić na obiedzie za
godzinę. Liczę że przyjdziesz. – rzucił słowa odchodząc - Powiadomisz Matthew i
Aarona czy ja mam to zrobić?
- Sam im to powiedź – burknęła
Elizabeth.
Kobieta
poszła w kierunku swojej sypialni.
- Jak ja nienawidzę tej kobiety.
– krzyknęła ile sił w płucach.
* * *
- Nie
wierzę. – powiedziała Francesca.
- A jednak – odpowiedziała Ana widząc jakie wrażenie zrobiła
na przyjaciołach informacja o ojcu Any i ucieczce sprzed ołtarza.
- Nie mogę uwierzyć, że zrobili to twoi dziadkowie i że twój
ojciec, był dla ciebie tak miły.
Ana
uśmiechnęła się na wspomnienie spotkania. Zaraz po powrocie z gabinetu ojca poinformowała
Andersa i Francesce o rozmowie z McGonagall’em i przybyciu jej siostry. Znajomi
nie mogli uwierzyć w słowa Any.
- I właśnie dzisiaj idziemy na kolacje do domu mojego ojca.
– powiedziała kończąc Ana.
- Ale jak to? – zapytał chłopak.
Ana
wspomniała przyjaciołom o zaproszeniu ojca. Znajomi byli przeciwni temu
pomysłowi, jednak Ana posiadała dar przekonywania. Późnym południem rodzina
Andreasa oraz Ana byli gotowi do wyjścia. Dziewczyna tego wieczoru założyła
elegancką małą czarną. Jako dodatek założyła piękny sznur pereł, który
otrzymała od matki. Po kilkunastu minutach jazdy
przez najbogatszą dzielnice Miami dotarli
do wspaniałej willi. Był to bardzo stary, odrestaurowany budynek.
Ana nie spodziewała się takiego widoku. Wielkie ogrody pełne kwiatów widoczne
były z terenów ulicy. Przed główną bramą stał młody mężczyzna w służbowym
mundurku.
- Panienko Ano. – powiedział młodzieniec skinąwszy głową.
Ana
odpowiedziała mu skinieniem. Przeszła przez olbrzymią bramę. Nie mogła nadziwić
się widokiem, który powitał ją tuż przy wejściu. Po ogrodzie sięgającym
rozmiarów niemal winnicy jej dziadków, Ana zobaczyła wielu, krzątających się
ludzi. Nie mogła uwierzyć, że jej ojciec posiada aż tylu pracowników. Nie była
świadoma, jak bogaty jest Henry McGonagall - jej ojciec. Przy drzwiach czekała
na gości kobieta w podeszłym wieku ubrana w różowy mundurek z białym
fartuszkiem. Jej twarz wyrażała ogromny smutek. Jednak w jej oczach Ana ujrzała
ogień.
- Witamy w posiadłości rodziny McGonagall panienko. –
wycedziła przez zęby kobieta.
Francesca i
Andreas spoglądali na siebie. Byli zauroczeni, jednak bardzo oszołomieni
miejscem i bogactwem w którym się znaleźli. Kobieta wprowadziła przybyszów do
środka. Gdy Ana ujrzała wnętrze willi, oniemiała z zachwytu. Na ścianach znajdowały
się portrety jakichś ludzi. Ana podejrzewała że są to uwiecznione na wieki
podobizny przodków
Henry’ego.
Naprzeciwko głównych drzwi znajdowały się wielkie, drewniane schody
połączone ze sobą po dwóch przeciwnych
stronach. Jednak całe wnętrze posiadłości przepełnione było marmurem. Pozłacane
barierki , marmurowe płytki, brylantowe i diamentowe żyrandole. Wszystko to
przyciągało uwagę Any i jej przyjaciół. Na widok przepychu z jakim dom był
urządzony cała trójka nie mogła wypowiedzieć słowa. Byli oszołomieni i
przejęci. Ana czuła się, jakby przybyła na wizytę z królową Elżbietą II, a nie
swoim ojcem. W niektórych oknach odnaleźć można kolorowe witraże.
Na jednym z
nich można było dostrzec białego gołębia na niebieskim tle. Obok niego widniał
napis: „ Spełniaj swoje marzenia, bo to one uskrzydlają człowieka.”. Ana
postanowiła zapamiętać te słowa. Były one tak prawdziwe i piękne. Po schodach z
wielką gracją schodziła pięknie ubrana kobieta. Miała na sobie czerwoną suknię
sięgającą kostek. Ciemne włosy, na których gdzieniegdzie widniały szare pasma,
miała upięte w kok.
Jednak nie była to
młoda kobieta.
- Dzień dobry. Ja jestem… -
zaczęła Ana.
- Wiem kim jesteś! – wykrzyknęła
kobieta – Córka Henry’iego z pierwszego małżeństwa. Któż by się spodziewał, że
są Was dwie.
Kobieta
popatrzyła na dziewczynę wściekłym i wzgardliwym wzrokiem. Chciała cos jeszcze
dodać, jednak nie pozwoliło jej na to przybycie męża. Gorąco przywitał się z
córką. Był pod ogromnym wrażeniem jej urody i kultury. „Cała Isabella” -
pomyślał.
Dla Any również wiele
oznaczały gesty ojca. Zawsze pragnęła się do niego przytulic. Teraz nareszcie
mogła to zrobić.
- A to pewnie są twoi znajomi. –
zwrócił się w kierunku Andreasa i Francesci.
- Zgadza się. To Francesca i
Andreas Ferrini i ich córeczka Maite.
- Bardzo nam miło. –
powiedział Andreas.
- Cała przyjemność z mojej
strony. Jestem wam bardzo wdzięczny, że zaopiekowaliście się moją córką.
Mówiąc te słowa Henry przygarną
Anę do siebie i przytulił.
- Zapraszam do stołu. – odezwała się ta sama kobieta która
wprowadziła przybyłych.
Henry
wskazał gościom drogę. Ana podziwiała wiele okazałych obrazów, które znała ze
szkoły. Jej zamyślenie przerwał Henry; gdy weszli do wielkiej sali. Przy stole
zasiadała Rebecca, pewna starsza kobieta, osoba
ze schodów i dwóch młodych mężczyzn.
- Nareszcie zjawiła się pani
znajda. – powiedziała ironizując Rebecca.
Nie
starała się ukryć niechęci do siostry. Ana puściła mimo uszu słowa siostry,
pomimo, że nie było to łatwe. Henry tylko popatrzył na córkę i pokręcił głową.
- Córeczko chciałbym ci przedstawić moją mamę Sophię …
Starsza
kobieta żwawo poderwała się z krzesła, podeszła do Any i mocno przytuliła ją do
siebie.
- Moja kochana wnuczko. Nawet nie wiesz jak się za Toba
stęskniłam. Pamiętam cie jak byłaś o taka malutka. – mówiąc zademonstrowała
rękami niewiele ponad czterdzieści centymetrów.
- Dzień dobry … babciu. – odpowiedziała po chwili namysłu
Ana.
Kobieta na
te słowa uśmiechnęła się jeszcze radośniej.
- Zawsze marzyłam, żeby ktoś tak się do mnie zwrócił. – mówiła
dalej – Wiesz – mówiąc to przysunęła się bliżej dziewczyny – bo ta trójka to
taka jest niesforna i zawsze tylko starucha, starucha. To okropne nie mieć choć
odrobiny szacunku dla starego.
Wszyscy
zgromadzeni na sali przysłuchiwali się gorączkowym słowom kobiety. Jej
wnuczkowie tylko wywracali oczami. Nie nawiedzili rodzinnych spotkań. Starsza
kobieta powróciła do stołu.
- Rebecce już znasz, moją żonę Elizabeth chyba tez
poznaliście. Koło mojej mamy siedzi mój starszy syn Matthew, a obok Aaron.
Ana skinęła
do nich głowami. Jej przyrodni bracia tylko pogardliwie popatrzyli na nią.
- Kochanie usiądź koło mnie. – Ana usłyszała głos starszej
kobiety. -
Mamy sobie tyle do
opowiedzenia.
Ana
zbliżyła się do kobiety. Usiadła obok Na salę wniesiono wielkie półmisy z
jedzeniem. Jeszcze nigdy dziewczyna nie widziała tak wielu dań. Kelnerzy
zaczęli podawać jedzenie gościom. Ana była w ogromnym szoku. „ U nas to każdy
sam się obsługuje.” – pomyślała. Nagle atmosfera spoważniała. Wyczuć można była
ogromne napięcie. Do jadali wszedł otyły mężczyzna z lekkim wąsem. Trochę
młodszy od Sophi. Obserwował Anę wzgardliwym spojrzeniem. Przeszedł koło jej
miejsca nie przywitawszy się z przybyłymi gośćmi. Henry popatrzył na mężczyznę
i powiedział do córki:
- To mój teść, a ojciec
Elizabeth
- Jonathan Smith.
Ana
kiwnęła głową na znak przywitania.
- Miło pana poznać. - powiedziała
Mężczyzna
tylko wzgardliwie popatrzył na nią.
- A mnie wręcz przeciwnie –
powiedział mężczyzna odwracając głowę.
W
triumfalnym geście odwrócił głowę. Podczas kolacji ani razu nie spojrzał na
Anę. Sophia zbliżyła się do wnuczki i wyszeptała:
- Nie przejmuj się tym gburem. On zawsze taki jest. Tak samo
jego córeczka.
Ana na te
słowa uśmiechnęła się. Kobieta sprawiła jej tymi słowami ogromną radość.
Rebecca, by zrobić przykrość swojej siostrze, podniosła łyżkę i z uśmiechem na
twarzy powiedziała:
- Nie wiem czy wiesz mieszkanko plebsu ale to co mam w ręce
służy do jedzenia tego płynnego co masz na talerzu.
Ana popatrzyła
bezradnie po twarzach gości. Nie miała już apetytu.
- Masz ją przeprosić. – powiedział podniesionym głosem
Henry. – Albo nie dokończysz kolacji.
Rebecca na
te słowa tylko się uśmiechnęła
- I dobrze.
Mówiąc te
słowa przewróciła krzesło i opuściła pokój. Atmosfera w jadalni była bardzo
napięta. Jednak pogardliwych rozmów na temat Any było coraz więcej i więcej. Henry
starał się im zapobiegać, jednak nic nie wskórał. Sophia nie mogła nadziwić się
zachowaniu rodziny Henry’iego.
- Kochanie. – zwróciła się do Any. – Zabierz swoich znajomych i chodźmy się
przejść. Bo czuję tu siarkę, a tego zapachu nie znoszę.
Ana wstała od stołu
podziękowała ojcu i już miała opuścić jadalnie gdy do jadalni ponownie weszła Rebecca i powiedziała:
- Mamo, tato chciałam wam przedstawić … a raczej, Ano to ty
powinnaś przedstawić.
*********************************************************
Przepraszam za tak długą nieobecność. Sprawy osobiste. Za tydzień od piątku do poniedziałku będę niedostępna więc rozdziałów nie będzie. Dzisiaj dodam dwa. Miłego czytania.