sobota, 15 czerwca 2013

Rozdział czwarty


Pod rezydencję  Elizabeth i Henry’iego McGonagall podjechał czarny, elegancki samochód. Biegiem wybiegła z niego Rebecca, a za nią wolnym krokiem podążył Henry. Na schodach przed głównym wejściem stała dojrzała kobieta jednak młodsza od Henry’iego. Na jej włosach widać było oznaki biegu lat. Była to Elizabeth – żona ojca Any. Wyszła na spotkanie mężowi. Był to jej stały rytuał. Nieopodal kobiety stały dwie służące. Rebecca nie przywitawszy się z matką pobiegła do swojego apartamentu. Henry rzucił żądanie do jednej z kobiet:
- Idź do kucharki. Niech przygotuje pieczeń wołową i jakieś przystawki. Tylko szybko.
            Kobieta dygnęła przed swoim chlebodawcą i pobiegła do kuchni.
- Witaj kochanie. – przemówiła Elizabeth całując męża na powitanie. - Spodziewamy się dzisiaj gości?
- Tak kochanie. Musisz o czymś wiedzieć, Wiesz o tym że Rebecca nie jest twoją biologiczną córką. Jednak…
- Co ty ukrywasz? Nie mów że jest coś jeszcze. Powiedz że masz jeszcze jedną córkę z tą przeklęta Isabellą.
- Kochanie ….
- No mów wreszcie.
- Przyjedzie do Nas Ana de Blanco -  moja córka a siostra bliźniaczka Rebecci.
- Co takiego?! – pyta kobieta
- Dzisiaj przyszła do mnie do gabinetu.
- Na pewno to jakaś oszustka. Nie chce jej widzieć w naszym domu.
- Kochanie dla mnie również było to wielkie zaskoczenie. Jednak to moja córka. Mam wobec niej pewne zobowiązania.
- Zobowiązania masz wobec swojej rodziny a to my jesteśmy twoją rodziną! – wykrzykiwała  kobieta.
- Ona też jest moją rodziną! To moja córka! Teraz nie ma nikogo poza mną i dziadkami!
- A ta przeklęta Isabella? – zapytała ze złością  Elizabeth wchodząc do rezydencji.
- Moja żona nie żyje. Została zamordowana.
- Bogu niech będą dzięki! Mam nadzieję że smaży się w piekle.
- Elizabeth! Przestań tak mówić. To moja żona! – strofuje ją Henry
            Mężczyzna nie mógł ukryć swojego oburzenia słowami żony. Był świadomy, że Elizabeth należała do osób, które żądają wszystkiego dla siebie, nie dając nic w zamian.
- Nie zapominaj że to ja jestem twoją żoną i to mnie należą się jakieś prawa a nie umrzykowi. – kontynuowała Elizabeth - Przyznaj do tej pory nie zapomniałeś o niej?
             Mężczyzna tylko spuścił bezradnie głowę. Jego żona miała racę. Przez te wszystkie lata nie zdołał zapomnieć wspaniałych chwil spędzonych u boku pierwszej żony. Isabella, była przeciwieństwem Elizabeth.
- Masz się zjawić na obiedzie za godzinę. Liczę że przyjdziesz. – rzucił słowa odchodząc - Powiadomisz Matthew i Aarona czy ja mam to zrobić?
- Sam im to powiedź – burknęła Elizabeth.
            Kobieta poszła w kierunku swojej sypialni.
- Jak ja nienawidzę tej kobiety. – krzyknęła ile sił w płucach. 

*          *          *
- Nie wierzę. – powiedziała Francesca.
- A jednak – odpowiedziała Ana widząc jakie wrażenie zrobiła na przyjaciołach informacja o ojcu Any i ucieczce sprzed ołtarza.
- Nie mogę uwierzyć, że zrobili to twoi dziadkowie i że twój ojciec, był dla ciebie tak miły.
            Ana uśmiechnęła się na wspomnienie spotkania. Zaraz po powrocie z gabinetu ojca poinformowała Andersa i Francesce o rozmowie z McGonagall’em i przybyciu jej siostry. Znajomi nie mogli uwierzyć w słowa Any.
- I właśnie dzisiaj idziemy na kolacje do domu mojego ojca. – powiedziała kończąc Ana.
- Ale jak to? – zapytał chłopak.
            Ana wspomniała przyjaciołom o zaproszeniu ojca. Znajomi byli przeciwni temu pomysłowi, jednak Ana posiadała dar przekonywania. Późnym południem rodzina Andreasa oraz Ana byli gotowi do wyjścia. Dziewczyna tego wieczoru założyła elegancką małą czarną. Jako dodatek założyła piękny sznur pereł, który otrzymała od matki. Po kilkunastu minutach jazdy  przez najbogatszą dzielnice Miami dotarli do wspaniałej willi. Był to bardzo stary, odrestaurowany budynek. Ana nie spodziewała się takiego widoku. Wielkie ogrody pełne kwiatów widoczne były z terenów ulicy. Przed główną bramą stał młody mężczyzna w służbowym mundurku.
- Panienko Ano. – powiedział młodzieniec skinąwszy głową.
           Ana odpowiedziała mu skinieniem. Przeszła przez olbrzymią bramę. Nie mogła nadziwić się widokiem, który powitał ją tuż przy wejściu. Po ogrodzie sięgającym rozmiarów niemal winnicy jej dziadków, Ana zobaczyła wielu, krzątających się ludzi. Nie mogła uwierzyć, że jej ojciec posiada aż tylu pracowników. Nie była świadoma, jak bogaty jest Henry McGonagall - jej ojciec. Przy drzwiach czekała na gości kobieta w podeszłym wieku ubrana w różowy mundurek z białym fartuszkiem. Jej twarz wyrażała ogromny smutek. Jednak w jej oczach Ana ujrzała ogień.
- Witamy w posiadłości rodziny McGonagall panienko. – wycedziła przez zęby kobieta.
         Francesca i Andreas spoglądali na siebie. Byli zauroczeni, jednak bardzo oszołomieni miejscem i bogactwem w którym się znaleźli. Kobieta wprowadziła przybyszów do środka. Gdy Ana ujrzała wnętrze willi, oniemiała z zachwytu. Na ścianach znajdowały się portrety jakichś ludzi. Ana podejrzewała że są to uwiecznione na wieki podobizny przodków  Henry’ego. Naprzeciwko głównych drzwi znajdowały się wielkie, drewniane schody  połączone ze sobą po dwóch przeciwnych stronach. Jednak całe wnętrze posiadłości przepełnione było marmurem. Pozłacane barierki , marmurowe płytki, brylantowe i diamentowe żyrandole. Wszystko to przyciągało uwagę Any i jej przyjaciół. Na widok przepychu z jakim dom był urządzony cała trójka nie mogła wypowiedzieć słowa. Byli oszołomieni i przejęci. Ana czuła się, jakby przybyła na wizytę z królową Elżbietą II, a nie swoim ojcem. W niektórych oknach odnaleźć można kolorowe witraże.
         Na jednym z nich można było dostrzec białego gołębia na niebieskim tle. Obok niego widniał napis: „ Spełniaj swoje marzenia, bo to one uskrzydlają człowieka.”. Ana postanowiła zapamiętać te słowa. Były one tak prawdziwe i piękne. Po schodach z wielką gracją schodziła pięknie ubrana kobieta. Miała na sobie czerwoną suknię sięgającą kostek. Ciemne włosy, na których gdzieniegdzie widniały szare pasma, miała upięte w kok.  Jednak nie była to młoda kobieta.
- Dzień dobry. Ja jestem… - zaczęła Ana.
- Wiem kim jesteś! – wykrzyknęła kobieta – Córka Henry’iego z pierwszego małżeństwa. Któż by się spodziewał, że są Was dwie.
            Kobieta popatrzyła na dziewczynę wściekłym i wzgardliwym wzrokiem. Chciała cos jeszcze dodać, jednak nie pozwoliło jej na to przybycie męża. Gorąco przywitał się z córką. Był pod ogromnym wrażeniem jej urody i kultury. „Cała Isabella” - pomyślał.  Dla Any również wiele oznaczały gesty ojca. Zawsze pragnęła się do niego przytulic. Teraz nareszcie mogła to zrobić.
- A to pewnie są twoi znajomi. – zwrócił się w kierunku Andreasa i Francesci.
- Zgadza się. To Francesca i Andreas Ferrini i ich córeczka Maite.
- Bardzo nam miło. –  powiedział Andreas.
- Cała przyjemność z mojej strony. Jestem wam bardzo wdzięczny, że zaopiekowaliście się moją córką.
          Mówiąc te słowa Henry przygarną Anę do siebie i przytulił.
- Zapraszam do stołu. – odezwała się ta sama kobieta która wprowadziła przybyłych.
            Henry wskazał gościom drogę. Ana podziwiała wiele okazałych obrazów, które znała ze szkoły. Jej zamyślenie przerwał Henry; gdy weszli do wielkiej sali. Przy stole zasiadała Rebecca, pewna starsza kobieta, osoba ze schodów i dwóch młodych mężczyzn.
- Nareszcie zjawiła się pani znajda. – powiedziała ironizując Rebecca.
            Nie starała się ukryć niechęci do siostry. Ana puściła mimo uszu słowa siostry, pomimo, że nie było to łatwe. Henry tylko popatrzył na córkę i pokręcił głową.
- Córeczko chciałbym ci przedstawić moją mamę Sophię …
            Starsza kobieta żwawo poderwała się z krzesła, podeszła do Any i mocno przytuliła ją do siebie.
- Moja kochana wnuczko. Nawet nie wiesz jak się za Toba stęskniłam. Pamiętam cie jak byłaś o taka malutka. – mówiąc zademonstrowała rękami niewiele ponad czterdzieści centymetrów.
- Dzień dobry … babciu. – odpowiedziała po chwili namysłu Ana.
            Kobieta na te słowa uśmiechnęła się jeszcze radośniej.
- Zawsze marzyłam, żeby ktoś tak się do mnie zwrócił. – mówiła dalej – Wiesz – mówiąc to przysunęła się bliżej dziewczyny – bo ta trójka to taka jest niesforna i zawsze tylko starucha, starucha. To okropne nie mieć choć odrobiny szacunku dla starego.
            Wszyscy zgromadzeni na sali przysłuchiwali się gorączkowym słowom kobiety. Jej wnuczkowie tylko wywracali oczami. Nie nawiedzili rodzinnych spotkań. Starsza kobieta powróciła do stołu.
- Rebecce już znasz, moją żonę Elizabeth chyba tez poznaliście. Koło mojej mamy siedzi mój starszy syn Matthew, a obok Aaron.
           Ana skinęła do nich głowami. Jej przyrodni bracia tylko pogardliwie popatrzyli na nią.
- Kochanie usiądź koło mnie. – Ana usłyszała głos starszej kobiety. -  Mamy sobie tyle do opowiedzenia.
            Ana zbliżyła się do kobiety. Usiadła obok Na salę wniesiono wielkie półmisy z jedzeniem. Jeszcze nigdy dziewczyna nie widziała tak wielu dań. Kelnerzy zaczęli podawać jedzenie gościom. Ana była w ogromnym szoku. „ U nas to każdy sam się obsługuje.” – pomyślała. Nagle atmosfera spoważniała. Wyczuć można była ogromne napięcie. Do jadali wszedł otyły mężczyzna z lekkim wąsem. Trochę młodszy od Sophi. Obserwował Anę wzgardliwym spojrzeniem. Przeszedł koło jej miejsca nie przywitawszy się z przybyłymi gośćmi. Henry popatrzył na mężczyznę i powiedział do córki:
- To mój teść, a ojciec Elizabeth  - Jonathan Smith.
           Ana kiwnęła głową na znak przywitania.     
- Miło pana poznać. - powiedziała
            Mężczyzna tylko wzgardliwie popatrzył na nią.
- A mnie wręcz przeciwnie – powiedział mężczyzna odwracając głowę.   
            W triumfalnym geście odwrócił głowę. Podczas kolacji ani razu nie spojrzał na Anę. Sophia zbliżyła się do wnuczki i wyszeptała:
- Nie przejmuj się tym gburem. On zawsze taki jest. Tak samo jego córeczka.
            Ana na te słowa uśmiechnęła się. Kobieta sprawiła jej tymi słowami ogromną radość. Rebecca, by zrobić przykrość swojej siostrze, podniosła łyżkę i z uśmiechem na twarzy powiedziała:
- Nie wiem czy wiesz mieszkanko plebsu ale to co mam w ręce służy do jedzenia tego płynnego co masz na talerzu.
            Ana popatrzyła bezradnie po twarzach gości. Nie miała już apetytu.
- Masz ją przeprosić. – powiedział podniesionym głosem Henry. – Albo nie dokończysz kolacji.
            Rebecca na te słowa tylko się uśmiechnęła
- I dobrze.
            Mówiąc te słowa przewróciła krzesło i opuściła pokój. Atmosfera w jadalni była bardzo napięta. Jednak pogardliwych rozmów na temat Any było coraz więcej i więcej. Henry starał się im zapobiegać, jednak nic nie wskórał. Sophia nie mogła nadziwić się zachowaniu rodziny Henry’iego.
- Kochanie. – zwróciła się do Any. – Zabierz swoich znajomych i chodźmy się przejść. Bo czuję tu siarkę, a tego zapachu nie znoszę.
            Ana wstała od stołu podziękowała ojcu i już miała opuścić jadalnie gdy do jadalni ponownie weszła Rebecca i  powiedziała:
- Mamo, tato chciałam wam przedstawić … a raczej, Ano to ty powinnaś przedstawić.
 

*********************************************************

Przepraszam za tak długą nieobecność. Sprawy osobiste. Za tydzień od piątku do poniedziałku będę niedostępna więc rozdziałów nie będzie. Dzisiaj dodam dwa. Miłego czytania.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz