czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdział dziesiąty


Mijały dni a Damian nie mógł zdobyć się na odwagę, by powiadomić Anę o odkrytych informacjach. Był świadomy, że musi jej powiedzieć. Wiedział, że gdyby dziewczyna dowiedziała się, o tym, że ukrywa przed nią prawdę, znienawidziłaby go. Sam się za to nienawidził, ale nie znał innego sposobu by jak najdłużej z nią być. To był jedyny sposób. O świcie w ostatni dzień umowy z Albertem, Damian sięgnął po słuchawkę.
- Alberto Montoya przy telefonie.
- Tu Damian.
            Usłyszał w słuchawce pogardliwy głos.
- Już myślałem że nie zadzwonisz i sam będę musiał porozmawiać z Aną. Rozumiem, że mogę zawiadomić Cecylię i Patricka de Blanco, że mogą przyjechać do Veracruz i zobaczyć się z wnuczką. Obawiam się, że zabiorą ją do Guadalajary.
            Damian nie miał siły by odpowiedzieć mężczyźnie. A Alberto dalej mówił.
- I widzisz sytuacja się powtarza tym razem to ja zabieram ci ukochaną.
            Mężczyzna czuł się bezradny wobec zarzutów policjanta.
- Przyjaźniliśmy się – kontynuował Alberto. – Byłeś dla mnie jak brat. Załatwiłem ci prace na komendzie. A ty jak mi się odwdzięczyłeś? Przeleciałeś moją narzeczoną.
- To nie było tak. Do niczego między nami nie doszło. – próbował bronić się Damian.
- To dlaczego planowaliście ślub?
- To nie jest rozmowa na telefon. Przyjedź a wyjaśnimy sobie wszystko.
- Tu nie ma czego wyjaśniać. Ale i tak przyjadę – z państwem de Blanco, po Anę.
          Alberto rozłączył się. Damian wyszedł z gabinetu i ruszył do sypialni Any. W domu panował jeszcze spokój. Jednak jego dusza szalała z rozpaczy. Bał się, żę może ją stracić. Lekko uchylił drzwi i wsunął się do sypialni. Zobaczył śpiącą Anę. Jej kasztanowe włosy były rozrzucone na poduszce, a lekkie słońce przebijające się przez zasłonę oświetlało jej twarz. Damian podszedł do łóżka. Dotknął włosów dziewczyny. Były takie miękkie i piękne. Przysunął je do ust i zaczął je całować. Zatracał się w ich zapachu. Nachylił się nad twarzą Any. Pocałował ją w czoło, nos aż wreszcie dotarł do jej ust. Pragnął całować ją, pieścić i kochać się z nią do utraty tchu. Poczuł, że dziewczyna poruszyła się. Jednak nie przestał jej całować. To było silniejsze do niego. Ana instynktownie obięła rękoma jego szyję. Czuła się wspaniale w ramionach Damiana. W końcu oderwali się od siebie. Ana dużymi oczami popatrzyła na twarz Damiana. Chłopak uśmiechał się do niej. W oczach chłopaka zobaczyła pożądanie ale i smutek. Dziewczyna odpowiedziała mu uśmiechem.
- Takie pobudki mogę mieć codziennie. - powiedziała jeszcze śpiącym głosem.
- Przepraszam, że obudziłem Cię tak wcześniej. Ale… - Damian nie wiedział od czego zacząć. – Musimy porozmawiać. To może zmienić wszystko zmienić.
- Co się stało? – spytała – Coś z Eleną?
- Cioci nic nie jest. Nie chodzi o nią, a o ciebie. Zadzwonił do mnie Alberto. Odnaleźli twoją rodzinę.
         Ana nie mogła uwierzyć w słowa Damiana. Czuła, że serce wyskoczy jej z piersi. 
-Twój ojciec to Henry McGonagall, a dziadkowie to Cecylia i Patricio de Blanco. – kontynuował. Ojciec mieszka w Miami ze swoją rodziną, a dziadkowie w Guadalajarze. Montoya już ich zawiadomił i najprawdopodobniej przyjadą tu dzisiaj po ciebie.
           Ana zaczerpnęła głośno powietrze. Uświadomiła sobie, żę przez pewien czas nie oddychała.  Czuła, że jej pobyt u Eleny i Damiana minął. Po jej policzkach popłynęły łzy. Były to zarazem łzy szczęścia, ale i łzy rozpaczy. Przyzwyczaiła się do życia u Eleny. Przy Damianie czuła się bezpiecznie. Była świadoma, że gdy przyjadą ludzie którzy są jej dziadkami, będą chcieli ją zabrać do domu. Jednak Ana czuła, że jej dom jest teraz u boku Damiana. Musiała wybierać między powrotem do starych przyzwyczajeń i ludzi nie pamiętanych a pozostanie na hacjendzie u boku Damiana i odizolowanie się od rodziny. Miała mentlik w głowie. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie miała pewności, że Damian czuje to samo do niej, co ona do niego. Mówił jej ze ją kocha, ale nie mogła w to uwierzyć. To tylko słowa. Wiedziała,  że jeśli wyjedzie możę go znowu stracić tym razem na zawsze. Z zamyślenia wyrwał ją głos Damiana.
- Powidz coś proszę.
           Ana popatrzyła bezradnie w oczy Damiana. Nic nie powiedziała. Chłopak wyszedł z pokoju. Czuł na sobie wzrok dziewczyny. Gdy zamknęły się drzwi sypialni Ana wtuliła się w poduszkę i zaczęła głośno płakać. Miała nadzieje, żę Damian ją pocieszy, zapewni ją o swojej miłości do niej i poprosi, by została. Przypomniała sobie ich rozmowę znad jeziorka. Teraz nadszedł ten moment. Moment wyboru.




****************************************
Kolejny rozdział dodam najprawdopodobniej w połowie przyszłego tygodnia. Miłego weekendu i do zaczytania ;)
 

środa, 19 czerwca 2013

Rozdział dziewiąty


Ana śpiąc oddychała bardzo głęboko i szybko. Miała przed oczami obraz. Biegła ciemną ulicą, ktoś ją popchnął, poczuła ogromny ciężar przytłaczający ją. Nagle to ustało i usłyszała znajomy głos „ Uciekaj”. Zerwała się na nogi uciekła. Schowała się za ścianą. Mężczyźni walczyli. Jeden z nich został ranny, drugi uciekł. Ana podbiegła do niego i zobaczyła znajomą twarz.
- Damian! – wykrzyknęła budząc się.
           Siedziała na łóżku, a obok niej siedział Damian. Przytulał ją. 
- To znowu ten koszmar. Nie martw się już wszystko dobrze. Jesteś bezpieczna.
            Ana zakryła twarz dłońmi. Była pewna, że ten sen to wspomnienie które zapomniała. Musiała przygotować się na rozmowę z Damianem. Chciała być pewna, że nie poznali się wcześniej i że to tylko jej wyobraźnia płata jej figle.
- Dziękuje że zostałeś ze mną. To dla mnie ważne.
            Ana podziękowała mu całując go w policzek. Mężczyzna wyszedł z jej pokoju. Czuł że Ana zaczyna coś do niego czuć. Ona również to czuła. Gdyby było inaczej, Damian nie zostałby z nią tej nocy. Wszystko to było dla niej koszmarem. Pragnęła rozwiązać tę zagadkę. Wzięła kąpiel, ubrała się, uczesała i poszła na spacer. Pragnęła zaczerpnąć świeżego powietrza. Chodziła długo znajomymi ścieżkami. Próbowała sobie przypomnieć choćby drobne fragmenty wydarzeń i uporządkować myśli. Siedziała nad strumieniem. Zaczęło się już ściemniać. Nie chciała jednak, jeszcze wracać do domu. Ktoś objął ją od tyłu w pasie. Usłyszała znajomy głos, który przyprawiał ją o szybsze bicie serca.
- Gdzie podziewałaś się cały dzień? Szukałem Cię.

- Wystraszyłeś mnie.- powiedziała do Damiana. – Chciałam pobyć sama i zastanowić się co dalej robić.
           Wziął ją za rękę i powiedział:
- Chodź wracajmy do domu. Ciocia przygotowała pyszną kolację.
          Ana zawahała się. Uznała, że jest to odpowiedni moment na rozmowę z Damianem.
- Zaczekaj. Chcę z tobą porozmawiać.
           Chłopak zmartwił się na dźwięk jej poważnego tonu.
- Coś się stało? – zapytał
- Wtedy gdy wykrzyknęłam twoje imię dziś rano, śniło mi się, coś co wydaje mi się, a raczej jestem prawie pewna, że wydarzyło się naprawdę. Mam nadzieję, że z twoją pomocą uda mi się to rozwiązać.
          Damian miał nadzieję, że Ana nie zapyta go o pamiętną noc w Guadalajarze.
- Mam nadzieję, że będziesz ze mną szczery. Czy spotkaliśmy się już kiedyś? Ten sen był tak realistyczny. Czy uratowałeś mnie nie tylko na plaży ale wtedy na ulicy? W tym śnie uratowałeś mnie przez co sam mogłeś zginąć. Wyraźnie widziałam twoją twarz.
           Damian zwiesił głowę. Tego pytania obawiał się najbardziej. Wiedział, że musi powiedzieć jej prawdę. Ana dotknęła jego policzka. Mężczyzna objął jej twarz rękami i delikatnie pocałował jej usta. Ana zapomniała co dzieje się wokół niej i czego chciała się dowiedzieć. Pragnęła by pocałunek trwał wiecznie. Z błogiego stanu wyrwał ją głos Damiana.
- Tak. Poznaliśmy się przed tym jak tu trafiłaś.
           Ana na te słowa zdębiała. Nie wiedziała co powiedzieć. Nie mogła wydobyć z siebie słowa.
- Jak?- zdołała zapytać.
            Damian opowiedział, jej całą historie. Ana była wstrząśnięta.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej. To może być jakiś trop, który pomoże nam rozwiązać tą zagadkę.
           Nie mówiła do niego z wyrzutem. Rozumiała, że mogło by to na nią źle wpłynąć zaraz po wypadku. Z jednej strony czuła ogromną radość myśląc, że może jej to pomóc jednak bała się, co czeka ją gdy sprawę doprowadzi do końca.
- Nie mówiłem Ci o tym, bo nie chciałem Cię stracić. Od tamtego dnia, codziennie wyobrażałem sobie jakby to było ponownie Cię spotkać. Zakochałem się w Tobie. A gdy znalazłem Cię na plaży uznałem, że to dar od Boga, druga szansa którą muszę wykorzystać.
           Ana słuchała w osłupieniu wyznania Damiana. Przypomniała sobie sytuacje gdy rozmawiała z przyjaciółką o tajemniczym bohaterze.
- Też Cię kochałam. – powiedziała Ana.
           Na te słowa Damian podniósł głowę. Nie mógł uwierzyć w słowa które przed chwilą usłyszał. Popatrzył na nią. Zobaczył na jej twarzy uśmiech.
- Rozmawiałam o tym z pewną dziewczyną. Nie pamiętam kim jest dla mnie. To było przed jakimś ważnym wydarzeniem. Opowiedziałam jej o twoim ratunku i wyznałam jej że się w tobie zakochałam. I na to wygląda, że zakochałam się w tobie po raz drugi. Może uda mi się przypomnieć coś więcej. Nie wiem ile to będzie trwało, ale w końcu na pewno się dowiem.
- A co się stanie, gdy już będziesz znała odpowiedzi na swoje pytania?
            Ana popatrzyła na Damiana. Pokiwała bezradnie głową.
- Nie wiem.
           Siedzieli, wtuleni w siebie. W duszy Damiana zrodziło się jeszcze więcej wątpliwości. Całą ubiegłą noc zastanawiał się czy Ana to zaginiona córka tajemniczego mężczyzny z Miami o którym mówił mu Montoya.

 

                        *                      *                      *

 

Dwa tygodnie później jego obawy potwierdziły się. Gdy Ana z Eleną pojechały do centrum Veracruz, przyjechał do niego Alberto.
- Ana de Blanco córka Henry’iego McGonagall. Tak naprawdę nazywa się Ana. Zaginęła ponad miesiąc temu. Mężczyzną który zginął w katastrofie był Domingo Nosterdino. Jednak nadal nie wiemy w jaki sposób znalazła się tutaj. Ich celem podróży był Meksyk. Z dokumentów wynika że ich ostatnim przystankiem miało być lotnisko przy szpitalu psychiatrycznym.
           Damian nie mógł uwierzyć w wyniki śledztwa. Dlaczego szpital psychiatryczny i kim dla Any był tajemniczy Nosterdino?
- Musimy powiadomić rodzinę Any i ją samą.
- Daj mi tydzień wtedy jej powiem. Muszę ją na to przygotować.
- Musisz jej jak najszybciej powiedzieć. Trzeba zawiadomić jej rodzinę. Wiesz że powinniśmy ich już teraz poinformować.
- Daj mi tydzień zadzwonię do ciebie kiedy możesz im powiedzieć.
            Alberto uważał, że nie można ukrywać przed Aną prawdy. Postanowił uszanować wolę Damiana. Wiedział, żę gdyby Ana dowiedziała się, że chłopak wiedział o jej rodzinie i nie chciał jej powiedzieć uznałaby to za kłamstwo i z pewnością znienawidziłaby Damiana. Pragnął zdobyć Anę i chciał zemścić się na przyjacielu za dawne grzechy. To dla Damiana opuściła go jego narzeczona Clear Garibai. To przez niego nie doszło do ich ślubu. A miało być tak pięknie.

 
*********************************

Piszcie co podoba się wam a co nie? Mam nadzieję, że możecie się cieszyć piękną pogodą tak jak ja. Słoneczko świeci, gorąco. Nic tylko wylegiwać się na słońcu.

wtorek, 18 czerwca 2013

Rozdział ósmy


Ana zeszła z piętra w poszukiwaniu Eleny. Czuła się otępiała, jednak miała wrażenie, że w tym domu może czuć się bezpiecznie. Odnalazła kobietę w kuchni.
- Dlaczego wstałaś? Powinnaś leżeć i nie przemęczać się. Zaraz powinien przyjść lekarz.
           Ana uśmiechnęła się na te słowa.
- Jestem cała obolała, dlatego wole chodzić. Mogłabym Pani w czymś pomóc? – zapytała
- Nie mów do mnie kochanie per Pani. Wolę, gdy mówi się do mnie po imieniu. Czuję się wtedy młodsza.
- Dobrze Eleno. Mam nadzieję, że ta sprawa szybko się wyjaśni i nie będę Wam przeszkadzać.
- Wiesz ja chciałabym cię bliżej poznać. Jesteś bardzo pogodną osobą i chyba wiele wycierpiałaś. Widzę to po twoich oczach.
- Ciociu przyszedł doktor Lantana.
           Elena pobiegła do drzwi i zostawiła Anę samą z Damianem.
- Chodźmy do salonu. – powiedział do niej chłopak.
           Ana wstała z krzesła jednak zakręciło jej się w głowie. Chłopak podbiegł do niej i podtrzymał ją. Zaprowadził ją do salonu gdzie czekał na nią lekarz. Później opuścił salon. Ana chciała by Damian był przy niej. Lekarz był to starszy, postawny mężczyzna z siwymi włosami. Bardzo uśmiechnięty. Mężczyzna zaczął badać pacjentkę. Chwilę później zjawił się policjant. Anę przeraziła rozmowa z mundurowym. Doktor zalecił jej kilkudniowy odpoczynek i leżenie w łóżku.
- Moim zdaniem to tylko chwilowa amnezja. Wyparłaś złe wspomnienia z umysłu, a to że nie pamiętasz rodziny może być chwilowym skutkiem urazu czaszki. Musiałbym przeprowadzić bardziej szczegółowe badania, żeby dowiedzieć się więcej.
           Lekarz pożegnał się, a jego miejsce zajął policjant. Mężczyzna przyglądał się Anie uważnie. Miał wrażenie, że gdzieś już ją widział. Usiadł naprzeciwko dziewczyny.
-  Jestem Alberto Montoya. Jestem miejscowym policjantem i mam do Ciebie kilka pytań.
           Dziewczyna z nerwów szarpała sukienkę. Nie mogła zapanować nad emocjami. Do salonu przyszedł Damian.
- Witaj Alberto. – przywitał się z policjantem
          Ana miała wrażenie, że mężczyźni nie lubią się. Damian usiadł koło niej i wziął w swoje ręce jej dłonie. Bał się jak dziewczyna  zareaguje na jego gest, ale Ana była mu wdzięczna. Popatrzyła na niego i uśmiechnęła się. Policjant zadawał jej pytania, na które Ana nie znała odpowiedzi. Chciała, jednak nie umiała sobie czegokolwiek przypomnieć.
- Spróbujemy się czegoś dowiedzieć, ale nie gwarantuję, że wpadniemy na jakiś trop. – powiedział na zakończenie policjant  - Gdybyś sobie cos przypomniała, proszę się z nami kontaktować.
           Ana kiwnęła głową na znak zrozumienia.
-  Jeśli czegoś się dowiecie proszę mnie o tym poinformować jako pierwszego. Wolę, żebym to ja przekazywał informacje Anie tak będzie dla mniej najlepiej. 
           Montoya tylko kiwnął głową. Drażniło go, ze Damian wtrąca się w tą sprawę. Alberto zainteresował się Aną. Dziewczyna przypadła mu do gustu. Dlatego też nie chciał, by Damian przeszkodził mu w zalotach.

 

 
                                               *                             *                              *

 
Mijały dni, a Anie nie wracały wspomnienia. Martwiła się tym. Chciała wiedzieć kim jest i skąd pochodzi, jednak cieszyła się ze spędza czas z Damianem i Eleną. Zaczynała coś czuć do swojego wybawiciela. Młodzi omijali temat jej odnalezienia. Chłopak zabierał ją do winnicy, nad rzekę. Dużo ze sobą rozmawiali. Pewnego wieczoru Ana huśtając się na huśtawce zapytała Damiana jak to się stało, że ten ją odnalazł.
- Szedłem plaża i zobaczyłem Cię leżącą na piasku. Miałaś ręce skrępowane liną za plecami. Oddychałaś ale byłaś nieprzytomna. Zaniosłem Cię do domu, a potem obudziłaś się już w sypialni.
          Ana oparła głowę na ramieniu Damiana i wyszeptała:
- Nawet nie wiesz jak się cieszę że to Ty mnie znalazłeś. Zawdzięczam Ci życie. Wiesz, gdy zobaczyłam Cię po raz pierwszy miałam wrażenie, że już się kiedyś spotkaliśmy. Nie mam pojęcia dlaczego ale tak czuję.
          Damian nie odpowiedział na te słowa. Czuł, że okłamuje Anę. Nie chciał tego, jednak uważał, ze to nie odpowiedni czas, by wyznać jej, że już kiedyś się spotkali. Ana zasnęła na jego ramieniu. Damian wyniósł ją na górę. Gdy wszedł do kuchni zaskoczyła go Elena.
- Dlaczego jej nie powiedziałeś, że się widzieliście zanim ją znalazłeś ?
           Damian popatrzył w twarz ciotce widział w nich złość.
- To nie jest odpowiedni czas.
- A kiedy będzie?
         Wtedy do ich drzwi ktoś zapukał. Elena otworzyła drzwi i wpuściła gościa do środka. Był to policjant Montoya.
- Chciałbym porozmawiać z Aną.
- Jeśli chcesz jej coś powiedzieć, najpierw skonsultuj to ze mną dobrze. – powiedział Damian wychodząc do gościa
         Montoya zrobił krzywą minę. Nie czuł się dobrze z tym, że każdy krok musi konsultować ze swoim kolegą po fachu i dawnym przyjacielem. Jego rozważania przerwał głos Damiana
- Chodźmy do mojego gabinetu tam spokojnie porozmawiamy.
          Mężczyźni odeszli. Elena nie mogła powstrzymać śmiechu widząc rywalizacje Damiana i Alberta. Wróciła do swoich dalszych zajęć.
 
                                             *                               *                              *
 
- O czym chciałeś mówić z Aną? – zapytał Damian
- Dzisiaj rano około 5 kilometrów od miejsca gdzie znalazłeś Anę pewien mężczyzna odnalazł wrak samolotu i zwłoki dwóch ludzi w stanie rozkładu. Chcemy ustalić czy oba te zdarzenia są ze sobą połączone.
         Damian na te słowa oniemiał. Nie przypuszczał, by te sprawy były ze sobą powiązane. Ogarnął go gniew.
- I uznałeś, że najlepsze dla Any będzie to, żeby bez potwierdzenia tego faktu i bez konsultacji ze mną mówić jej o tym? Wisz o tym, że policjant musi się opierać na dowodach a nie domysłach.
- Ana powinna się o tym dowiedzieć, może sobie coś przypomni i naprowadzi nas na jakiś trop.
- Dowie się, ale ode mnie i we właściwym czasie. Musi trochę ochłonąć Będziecie przeprowadzać badania DNA tych ludzi?
- Tak, sprawdziliśmy do kogo należał samolot. – mówił Alberto. – Okazało się, że właścicielem był niejaki Domingo Nosterdino, syn biznesmena z Guadalajary. Próbujemy się z nim skontaktować, jednak ojciec wyznał, że od kilku dni nie ma kontaktu z synem. Musimy sprawdzić czy to on zginął w katastrofie i ustalić kim jest druga ofiara. Problem w tym, że nie mamy żadnego punktu zaczepienia.
           Damian uważnie słuchał raportu kolegi. Pracowali razem na komendzie jednak chłopak został odsunięty od śledztwa, ponieważ to on odnalazł Anę. Pragnął jednak być o wszystkim informowany. Wiedział, że nie jest to na rękę Albertowi, jednak najważniejsze było dla niego dobro dziewczyny.
- Jeszcze jedno może cię zainteresować. Zaginęły dwie siostry bliźniaczki w tym samym czasie. Są one dość podobne do Any i jedna z nich ma to samo imię. Być może twoja zdobycz to moja poszukiwana
            Mówiąc te słowa szyderczo uśmiechnął się i wyszedł. Damian nie mógł uwierzyć w to co przed chwilą usłyszał. Nie chciał, by to się sprawdziło. Gdy weszli do korytarza usłyszeli krzyk z piętra. Damian pobiegł na górę. Krzyk wydobywał się z pokoju Any. Damian zastał dziewczynę płaczącą i siedzącą na łóżku.  Podbiegł do jej łóżka, usiadł na mim i przytulił Anę.
- Już spokojnie jestem przy tobie, to tylko sen. – mówił, głaszcząc ją po głowie.
          Ana popatrzyła na jego twarz. Przy nim czuła się bezpiecznie.
- Jak dobrze ze tu jesteś. Śniło mi się, że leciałam w samolocie z czwórką ludzi i że ten samolot się rozbił. To było takie przerażające.
            Nie takich słów spodziewał się Damian. Przypomniał sobie co mówił Alberto o katastrofie samolotu. Cały czas tulił Anę do piersi. Nie chciał jej wypuścić z objęć. Ana zasypiała wtulona w niego. Damian chciał wyjść zanim dziewczyna zaśnie jednak usłyszał jak cicho mówi.
- Zostaniesz ze mną? Proszę Cię.
           Damian podszedł do niej, położył się obok na łóżku i przytulił ją. Pocałował ją w czoło i powiedział:
 - Oczywiście że zostanę.
          I w jego ramionach Ana zasnęła.
 
 
 
 *******************************************
 Kolejny rozdział gotowy. I jak się wam podoba?


 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Rozdział siódmy


Ana obudziła się na świeżym powietrzu. Jej ręce były zawiązane z tyłu. Wokoło siebie zobaczyła szczątki metalu. Nieopodal zobaczyła piasek i morze. Nie pamiętała co się stało. Nie mogła sobie nic przypomnieć. Bardzo bolała ją głowa. Próbowała rozwiązać węzeł na rękach jednak nie dała rady była bardzo osłabiona i spragniona. Wstała i zaczęła wędrówkę. Nie wiedziała dokąd idzie. Miała nadzieję, odnajdzie osobę która jej pomoże. Po wyczerpującym marszu Ana zemdlała.

 

                              *                      *                      *

           

Dziewczyna obudziła się w przepięknym kremowym pokoju z długimi kremowymi zasłonami, drewnianymi oknami i własnoręcznie robionymi meblami. Jeszcze nigdy nie była tak wyspana. Rozglądała się bezradnie po nieznanym pomieszczeniu. Czuła ogromny rozpierający ból głowy. Wyczuła, że głowę ma przewiązaną bandażami. Nagle do pokoju weszła kobieta w średnim wieku z włosami spiętymi z tyłu głowy w koka. Jej włosy przybierały kasztanowy kolor. Gdzieniegdzie zobaczyła siwe refleksy. Od kobiety emanowało miłe ciepło, troska i radość.
- Jak się czujesz dziecino?
- Gdzie ja jestem? – zapytała zdezorientowana i wystraszona Ana
- Jestem Elena Martinez. Jesteś w Veracruz w posiadłości mojej i mojego siostrzeńca Damiana. Znalazł cię na plaży. A ty jesteś …?
           Dziewczyna próbowała sobie przypomnieć jak się nazywa. Pamiętała tylko imię.
- Ana. Nazwiska nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć.
- Co się właściwie wydarzyło? – usłyszała pytanie kobiety.
          Jednak nie potrafiła jej udzielić na nie odpowiedzi. Nic nie pamiętała. Czuła się, jakby ktoś wymazał jej wszystkie wspomnienia. Ana zwiesiła bezradnie głowę. Elena pogłaskała ją po głowię. Usłyszały pukanie do drzwi.
- Proszę. – powiedziała Elena.
           W drzwiach ukazał się przystojny brunet z zielonymi oczami. Jego sylwetka przypominała budową Heraklesa. Na widok jego umięśnionego i opalonego ciała, krew w żyłach Any zawrzała. Dziewczyna miała wrażenie, ze skądś zna te oczy. Na opiętym podkoszulku Ana widziała drganie wszystkich mięsni jego ciała. Z każdym jego ruchem podziw dziewczyny rósł. Pragnęła przytulić się do niego i wreszcie czuć się bezpieczną. Jego głęboki, świdrujący głos ocucił ją z zamyślenia.
- Mogę wejść?
           Elena kiwnęła głową potakująco i zwróciła się do dziewczyny.
- To mój siostrzeniec Damian.
           Ich spojrzenia spotkały się. Anę oblała fala gorąca. Nigdy tak się nie czuła. Tego była pewna. Chłopak uśmiechnął się. Ana zastanawiała się w jakim wieku może być Damian. Chłopak wszedł do środka. Elena przerwała niezręczną chwilę ciszy.
- Musimy ustalić co wydarzyło się przed tym jak Damian odnalazł cię na plaży. Kochany zadzwoń do Alberta może on ma jakieś informacje o zaginionych i koniecznie skontaktuj się z doktorem Lantaną.
          Damian skinął głową i wyszedł. Nie odezwał się słowem do Any. Dziewczyna czuła się rozczarowana. Poprosiła Elenę o kąpiel, czuła się wycieńczona. Kobieta spełniła jej prośbę. Zaprowadziła Anę do łazienki. Podała jej ręczniki i czystą czerwoną sukienkę. Nalała całą wannę ciepłej wody.
- Gdybyś czegoś potrzebowała zwróć się do mnie albo do Damiana. W szafce pod lustrem znajdziesz suszarkę. – powiedziała wychodząc.
            Po kąpieli Ana czuła się bardzo zrelaksowana i wypoczęta. Tego potrzebowała. Próbowała sobie coś przypomnieć. Jednak na próżno. Wyszła z wanny, wysuszyła włosy ubrała sukienkę. Pasowała na nią idealnie. „ Z pewnością należy do narzeczonej albo zony Damiana.” Pomyślała. 

 


                                                     *                      *                      *

 

W kuchni toczyła się rozmowa między Eleną a Damianem.
- Ciociu mówię ci to ta dziewczyna. Jestem tego pewnie. To ją znalazłem tamtej nocy gdy byłem w Guadalajarze w interesach.
- Kochany to nie możliwe. To duże miasto. Z pewnością to ktoś inny. Teraz tylko musimy ustalić kto.
- Ciociu jestem pewnie. Nigdy nie zapomnę jej oczu. Gdyby tylko coś pamiętała.
            Gdy tylko Damian zobaczył ją na plaży pomyślał, że to przeznaczenie. Że to Bóg zesłał mu tą dziewczynę by uleczyła go z miłości do Clear podłej kobiety która rzuciła go przed ołtarzem w dzień ich ślubu. Przypomniała mu się cała tamta noc. Gdy ją zobaczył taką bezbronną nie mógł inaczej zareagować. W końcu jest policjantem. To jego zadanie. Słać bezpieczeństwo mieszkańcom. Nie był tego dnia na służbie, jednak nie mógł pozwolić by stała się jej krzywda.  Przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić. Krzyknął do niej żeby uciekała. Pamiętał walkę, cios nożem i nachylającą się nad nim twarz dziewczyny. Później obudził się w szpitalu. Pytał o nią jednak nikt nie wiedział kim jest. Szukał jej. Pragnął ją odnaleźć jednak nie udało mu się to. Nigdy o niej nie zapomniał. A teraz Bóg daje mu drugą szanse, by wszystko naprawił. Postanowił, pomimo swojej niechęci do kobiet zbliżyć się do niej i sprawić, by Ana pokochała go tak jak on kocha ją od dwóch lat.
- Ciociu boję się, że gdy w końcu dowie się kim jest zostawi mnie.
- Kochany, jeśli ta sprawa się wyjaśni i Ana będzie chciała odejść, będziesz musiał jej na to pozwolić. Być może kogoś ma. Rodzina na pewno jej szuka. Nie wiemy czy nie ma męża, dzieci. Nie można nikogo zmuszać do miłości.
            Damian zwiesił głowę. Żył nadzieją, że rozkocha ją w sobie do czasu gdy dowiedzą się kim ona jest i że Ana nie opuści go. Czuł że są sobie przeznaczeni.

 
****************************************
I nadeszła nareszcie chwila spotkania Any i Damiana. Jak myślicie co wydarzy się dalej?

niedziela, 16 czerwca 2013

Rozdział szósty


- Witam. Czy Ana została u pana na noc?
           Zapytał przez telefon Andreas ojca dziewczyny.
- Czy coś się stało? Ana wyszła z mojego domu około 22. Później już jej nie widziałem.
           Mężczyzna zmartwił się słysząc przestraszony głos przyjaciela córki.
- Na to wygląda ze Ana wyjechała jednak jest to tym bardziej dziwne, że wszystkie jej rzeczy zostały u mnie w domu. To nie w jej stylu żeby wyjeżdżać bez słowa.
           Henry nie mógł uwierzyć w słowa mężczyzny.
- Nie po to odzyskałem córkę by zaraz potem ją stracić. - powiedział do słuchawki.
- Gdyby kontaktowała się z Panem bardzo proszę o kontakt. Wraz z żoną bardzo się o nią martwimy.
          Henry nie mógł uwierzyć w to co mówił Andreas. „ Nie to nie możliwe” powtarzał sobie. Cały dzień czekał na kontakt od Any jednak na próżno. Wieczorem wezwał do swojego domu policjantów i zgłosił zaginięcie córki.


                                                      *                      *                      *

 

Ana obudziła się w ciemnym ciasnym pomieszczeniu. Nie miała pojęcia jak długo spała ani gdzie się znajduje. Pragnęła wrócić do domu, do rodziny. Wstała jednak nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Musiała usiąść ponownie. Nagle usłyszała szczęk metalu. Do środka wszedł wysoki mężczyzna. Nie odzywał się do niej słowem. Ana pragnęła jak najszybciej uciec stamtąd.
- Co ja tu robie? – spytała tajemniczego mężczyzny.
- Dowiesz się w swoim czasie.
          „Gdzieś słyszałam ten głos” pomyślała Ana jednak nie mogła sobie przypomnieć gdzie.
 

                                                 *                      *                      *

            Tydzień później dalej nie odnaleziono Any. Henry obwiniał siebie za zniknięcie córki. Nie mógł sobie darować, ze nie odwiózł jej wtedy do domu Francesci i Andreasa. Teraz nie mógł już nic zmienić. Tylko czekać. Zauważył ze Matthew i Rebecca od kilku dni nie pokazują się w domu. Zapytał o to Elizabeth jednak kobieta zbyła go krótką i niejasną odpowiedzią.
- Mięli jakieś sprawy do załatwienia w Las Vegas.
             Mężczyzna uwierzył w słowa kobiety. Elizabeth nigdy nie interesowała się dziećmi. Wszystko pozostawało na jego głowie. Nie przypuszczał ze to tylko cześć planu jego najbliższych

 

                                 *                      *                      *

 

Przy życiu trzymała ją myśl ze wróci do Guadalajary jako inna osoba, pogodzi się z dziadkami i będzie cieszyć się każdą chwilą z życia. Pewnego wieczoru ponownie ktoś przyszedł do niej tym razem były to dwie osoby. Po budowie ciała poznała ze to kobieta i mężczyzna.
- I jak się czujesz kochanie?
          Na dźwięk tego głosu Anie zrobiło się słabo. Był  to głos Domingo.
- Jak mogłeś, ty podły bydlaku. – krzyknęła i wyrwała się w stronę byłego narzeczonego
          Zaczęła uderzać go pięściami w tors. Mężczyzna uderzył ją, a Ana potknęła się i upadła uderzając głową o łóżko. Oszołomiona podniosła się z ziemi. Kobieta odsłoniła swoją twarz. Okazała się nią jej siostra.
- Mówiłem że czeka Cię kara za to co mi zrobiłaś. – usłyszała z ust mężczyzny. – Ze mną żyłabyś jak królowa. Ale wiesz, to ze dowiedziałaś się tego wszystkiego i uciekłaś doskonale się złożyło, gdyż znalazłem zwolennika a raczej zwolenników mojego planu. Miejsce w szpitalu psychiatrycznym masz zapewnione. Nikt Cię nie odnajdzie.
- Zgnijesz wśród wariatów. Tam jest twoje miejsce. – usłyszała z ust siostry.
- Na pewno już mnie szukają i w końcu znajdą a wy za to zapłacicie.
         Domingo podszedł do Any. Zawiązał jej ręce na plecach i wyprowadził z pomieszczenia. Nagłe światło oślepiło Anę. Dziewczyna potknęła się. Była cala obolała. Chciała uciec jednak wiedziała ze nie ma szans. Modliła się tylko o cud. Wpakowali ją do bagażnika. Poczuła ze auto rusza. Po jakimś czasie bagażnik otworzył się, a Domingo wyszarpał ją z niego. Ana zobaczyła mały samolot. Przypomniała się jej scena ze snu. „ Nie to nie może się stać” pomyślała.
- Przynajmniej będziesz u siebie.
- Gdzie lecimy panie Nosterdino? – usłyszała głos pilota.
- Do Meksyku.
            Podróż ciągnęła się w nieskończoność. Ana pogodziła się z myślą, że nikt jej nie odnajdzie. Starała się przyzwyczaić do tej myśli. Była spokojna starała się nie myśleć o nadchodzących wydarzeniach. Jednak to co wydarzyło się chwile potem zaskoczyło wszystkich. Usłyszała tylko słowa pilota:
- Straciłem kontrole nad samolotem! Spadamy!
            W samolocie zapanował wielki chaos. Ana starała się zapanować nad emocjami. Usłyszała tylko trzask metalu i łamanych drzew. Uderzyła głową o siedzenie z przodu i straciła przytomność.

 
*********************************
Kolejny rozdział. Już niedługo główni bohaterowie ponownie się spotkają. Pozdrawiam.
 

 

sobota, 15 czerwca 2013

Rozdział piąty


      Ana odwróciła się w stronę swojej siostry. U jej boku stał największy koszmar Any.
- Domingo. – wyszeptała.
- Kochanie, tak długo cię szukałem. Dlaczego uciekłaś?
           Mówiąc te słowa, mężczyzna zaczął podchodzić do Any. Na twarzach zebranych można było dostrzec wielkie poruszenie. Henry zobaczył strach na twarzy córki.
- Tato mogę z tobą porozmawiać. Teraz. - Wyszeptała do niego cicho
           Henry tylko kiwnął głową twierdząco. Ana pobieżnie opowiedziała ojcu o ucieczce.
- Tato proszę cię każ mu sobie pójść. Wszystko ci opowiem później. Tylko błagam powiedz żeby sobie poszedł.
           Henry postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
- Nie jest pan tu miłym gościem, więc proszę dobrowolnie opuścić mój dom.
- Kochanie, kto to jest? – odezwała się Elizabeth.
           Henry nie odpowiedział żonie. Wpatrywał się w eleganckiego i przystojnego mężczyznę. Wyczuwał strach Any. Dziewczyna była zrozpaczona. Miała nadzieję, że
wreszcie uda jej się uciec od tego mężczyzny. Jednak na próżno.
- Czy mógłbym z tobą porozmawiać? – Domingo skierował to pytanie do Any.
           Dziewczyna nieśmiało pokiwała głową przecząco. Do rozmowy wtrąciła się Rebecca.
- Powinnaś porozmawiać ze swoim narzeczonym.
          Ana zawładną strach na widok mężczyzny stojącego  naprzeciwko niej. Widząc jego nienawistny wzrok  postanowiła z nim porozmawiać. Wyszli na dwór. Mężczyzna szarpnął Anę za przedramię.
- I co ty sobie myślałaś? Że tak łatwo się mnie pozbędziesz. Nie ze mną te numery kotku.
          Ana zaczęła się szarpać. Mężczyzna wymierzył jej policzek. Nie zwracał uwagi na licznych pracowników krzątających się po ogrodzie. Wszyscy widzieli zaistniała sytuacje, jednak nikt nie odważył się stanąć w obronie córki swego pana.
- Pożałujesz tego. – krzyknęła Ana trzymając się za krwawiącą wargę.
             Mężczyzna wybuchnął śmiechem.
- A co mi zrobisz? Ty, taka kruszyna. Lepiej uważaj co mówisz, bo może się to źle dla ciebie skończyć. Jesteś tylko kobietą.
            Mówiąc te słowa zostawił Anę na dworze. W sekundzie zaczął padać deszcz. Dziewczyna musiała ochłonąć. Czuła się podle, że tak potraktowała tego mężczyznę, jednak nie miała żadnych wątpliwości. Ostatnie wydarzenia tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że dobrze zrobiła zostawiając Dominga przed ślubem. Dlatego też chciała zacząć wszystko od nowa. Po paru minutach wróciła do środka Gdy Henry zobaczył twarz córki chciał, gonić mężczyznę który jej to zrobił, jednak Ana powstrzymała go od tego. Nie chciała, by ojciec miał przez nią problemy. Sophia długo namawiała wnuczkę, by została z rodziną, jednak Ana nie chciała im sprawiać problemów. Zdziwiło ją, że od czasu wyjścia Domingo w salonie nie zjawił się nikt z rodziny Henriego. Było to tym bardziej dziwne, że zawsze wieczory spędzali w swoim gronie na rozmowie i odpoczynku, przy muzyce Beethovena.  Pozostała u nich jeszcze parę godzin podczas gdy przyjaciele wrócili do siebie. Ana poszła z ojcem do gabinetu i ze szczegółami opowiedziała mu o intrydze babki. Cieszyła się, że powiedziała mu o wszystkim. Gdyby tego nie zrobiła, zawiodłaby go. Po długich rozmowach o tajemniczym przybyszu Ana pożegnała się z ojcem i babką. Mężczyzna zaproponował, że ją odwiezie, jednak dziewczyna chciała odetchnąć, przespacerować się i nacieszyć się ostatnimi dniami w Miami.

         
                                                     *                      *                      *
 
 
            Było już ciemno. Ana nie chciała jeszcze wracać do domu przyjaciół. Postanowiła pospacerować po rynku. Zrezygnowała z tego planu, gdyż wyczuwała kogoś obecność. Wzdłuż pleców przebiegł ją dreszcz. Wiedziała, ze jest nie daleko domu. Co chwila oglądała się za siebie. Jednak nikogo nie widziała. W pewnym momencie zauważyła biegnącą w jej stronę sylwetkę mężczyzny. Zaczęły wracać wspomnienia sprzed lat. Instynkt podpowiedział jej, żeby uciekała. Tak też zrobiła.  Nie zdążyła. Mężczyzna popchnął ją i Ana runęła na ulicę, Mężczyzna w kapturze i chustce na twarzy przykrył jej usta szmatką. Chwilę się szamotała. Poczuła błogie uczucie spokoju i odpłynęła.


**************************************

Trochę krótko. Jak myślicie co wydarzy się dalej? Kim był mężczyzna, który porwał Anę? Do usłyszenia jutro.

Rozdział czwarty


Pod rezydencję  Elizabeth i Henry’iego McGonagall podjechał czarny, elegancki samochód. Biegiem wybiegła z niego Rebecca, a za nią wolnym krokiem podążył Henry. Na schodach przed głównym wejściem stała dojrzała kobieta jednak młodsza od Henry’iego. Na jej włosach widać było oznaki biegu lat. Była to Elizabeth – żona ojca Any. Wyszła na spotkanie mężowi. Był to jej stały rytuał. Nieopodal kobiety stały dwie służące. Rebecca nie przywitawszy się z matką pobiegła do swojego apartamentu. Henry rzucił żądanie do jednej z kobiet:
- Idź do kucharki. Niech przygotuje pieczeń wołową i jakieś przystawki. Tylko szybko.
            Kobieta dygnęła przed swoim chlebodawcą i pobiegła do kuchni.
- Witaj kochanie. – przemówiła Elizabeth całując męża na powitanie. - Spodziewamy się dzisiaj gości?
- Tak kochanie. Musisz o czymś wiedzieć, Wiesz o tym że Rebecca nie jest twoją biologiczną córką. Jednak…
- Co ty ukrywasz? Nie mów że jest coś jeszcze. Powiedz że masz jeszcze jedną córkę z tą przeklęta Isabellą.
- Kochanie ….
- No mów wreszcie.
- Przyjedzie do Nas Ana de Blanco -  moja córka a siostra bliźniaczka Rebecci.
- Co takiego?! – pyta kobieta
- Dzisiaj przyszła do mnie do gabinetu.
- Na pewno to jakaś oszustka. Nie chce jej widzieć w naszym domu.
- Kochanie dla mnie również było to wielkie zaskoczenie. Jednak to moja córka. Mam wobec niej pewne zobowiązania.
- Zobowiązania masz wobec swojej rodziny a to my jesteśmy twoją rodziną! – wykrzykiwała  kobieta.
- Ona też jest moją rodziną! To moja córka! Teraz nie ma nikogo poza mną i dziadkami!
- A ta przeklęta Isabella? – zapytała ze złością  Elizabeth wchodząc do rezydencji.
- Moja żona nie żyje. Została zamordowana.
- Bogu niech będą dzięki! Mam nadzieję że smaży się w piekle.
- Elizabeth! Przestań tak mówić. To moja żona! – strofuje ją Henry
            Mężczyzna nie mógł ukryć swojego oburzenia słowami żony. Był świadomy, że Elizabeth należała do osób, które żądają wszystkiego dla siebie, nie dając nic w zamian.
- Nie zapominaj że to ja jestem twoją żoną i to mnie należą się jakieś prawa a nie umrzykowi. – kontynuowała Elizabeth - Przyznaj do tej pory nie zapomniałeś o niej?
             Mężczyzna tylko spuścił bezradnie głowę. Jego żona miała racę. Przez te wszystkie lata nie zdołał zapomnieć wspaniałych chwil spędzonych u boku pierwszej żony. Isabella, była przeciwieństwem Elizabeth.
- Masz się zjawić na obiedzie za godzinę. Liczę że przyjdziesz. – rzucił słowa odchodząc - Powiadomisz Matthew i Aarona czy ja mam to zrobić?
- Sam im to powiedź – burknęła Elizabeth.
            Kobieta poszła w kierunku swojej sypialni.
- Jak ja nienawidzę tej kobiety. – krzyknęła ile sił w płucach. 

*          *          *
- Nie wierzę. – powiedziała Francesca.
- A jednak – odpowiedziała Ana widząc jakie wrażenie zrobiła na przyjaciołach informacja o ojcu Any i ucieczce sprzed ołtarza.
- Nie mogę uwierzyć, że zrobili to twoi dziadkowie i że twój ojciec, był dla ciebie tak miły.
            Ana uśmiechnęła się na wspomnienie spotkania. Zaraz po powrocie z gabinetu ojca poinformowała Andersa i Francesce o rozmowie z McGonagall’em i przybyciu jej siostry. Znajomi nie mogli uwierzyć w słowa Any.
- I właśnie dzisiaj idziemy na kolacje do domu mojego ojca. – powiedziała kończąc Ana.
- Ale jak to? – zapytał chłopak.
            Ana wspomniała przyjaciołom o zaproszeniu ojca. Znajomi byli przeciwni temu pomysłowi, jednak Ana posiadała dar przekonywania. Późnym południem rodzina Andreasa oraz Ana byli gotowi do wyjścia. Dziewczyna tego wieczoru założyła elegancką małą czarną. Jako dodatek założyła piękny sznur pereł, który otrzymała od matki. Po kilkunastu minutach jazdy  przez najbogatszą dzielnice Miami dotarli do wspaniałej willi. Był to bardzo stary, odrestaurowany budynek. Ana nie spodziewała się takiego widoku. Wielkie ogrody pełne kwiatów widoczne były z terenów ulicy. Przed główną bramą stał młody mężczyzna w służbowym mundurku.
- Panienko Ano. – powiedział młodzieniec skinąwszy głową.
           Ana odpowiedziała mu skinieniem. Przeszła przez olbrzymią bramę. Nie mogła nadziwić się widokiem, który powitał ją tuż przy wejściu. Po ogrodzie sięgającym rozmiarów niemal winnicy jej dziadków, Ana zobaczyła wielu, krzątających się ludzi. Nie mogła uwierzyć, że jej ojciec posiada aż tylu pracowników. Nie była świadoma, jak bogaty jest Henry McGonagall - jej ojciec. Przy drzwiach czekała na gości kobieta w podeszłym wieku ubrana w różowy mundurek z białym fartuszkiem. Jej twarz wyrażała ogromny smutek. Jednak w jej oczach Ana ujrzała ogień.
- Witamy w posiadłości rodziny McGonagall panienko. – wycedziła przez zęby kobieta.
         Francesca i Andreas spoglądali na siebie. Byli zauroczeni, jednak bardzo oszołomieni miejscem i bogactwem w którym się znaleźli. Kobieta wprowadziła przybyszów do środka. Gdy Ana ujrzała wnętrze willi, oniemiała z zachwytu. Na ścianach znajdowały się portrety jakichś ludzi. Ana podejrzewała że są to uwiecznione na wieki podobizny przodków  Henry’ego. Naprzeciwko głównych drzwi znajdowały się wielkie, drewniane schody  połączone ze sobą po dwóch przeciwnych stronach. Jednak całe wnętrze posiadłości przepełnione było marmurem. Pozłacane barierki , marmurowe płytki, brylantowe i diamentowe żyrandole. Wszystko to przyciągało uwagę Any i jej przyjaciół. Na widok przepychu z jakim dom był urządzony cała trójka nie mogła wypowiedzieć słowa. Byli oszołomieni i przejęci. Ana czuła się, jakby przybyła na wizytę z królową Elżbietą II, a nie swoim ojcem. W niektórych oknach odnaleźć można kolorowe witraże.
         Na jednym z nich można było dostrzec białego gołębia na niebieskim tle. Obok niego widniał napis: „ Spełniaj swoje marzenia, bo to one uskrzydlają człowieka.”. Ana postanowiła zapamiętać te słowa. Były one tak prawdziwe i piękne. Po schodach z wielką gracją schodziła pięknie ubrana kobieta. Miała na sobie czerwoną suknię sięgającą kostek. Ciemne włosy, na których gdzieniegdzie widniały szare pasma, miała upięte w kok.  Jednak nie była to młoda kobieta.
- Dzień dobry. Ja jestem… - zaczęła Ana.
- Wiem kim jesteś! – wykrzyknęła kobieta – Córka Henry’iego z pierwszego małżeństwa. Któż by się spodziewał, że są Was dwie.
            Kobieta popatrzyła na dziewczynę wściekłym i wzgardliwym wzrokiem. Chciała cos jeszcze dodać, jednak nie pozwoliło jej na to przybycie męża. Gorąco przywitał się z córką. Był pod ogromnym wrażeniem jej urody i kultury. „Cała Isabella” - pomyślał.  Dla Any również wiele oznaczały gesty ojca. Zawsze pragnęła się do niego przytulic. Teraz nareszcie mogła to zrobić.
- A to pewnie są twoi znajomi. – zwrócił się w kierunku Andreasa i Francesci.
- Zgadza się. To Francesca i Andreas Ferrini i ich córeczka Maite.
- Bardzo nam miło. –  powiedział Andreas.
- Cała przyjemność z mojej strony. Jestem wam bardzo wdzięczny, że zaopiekowaliście się moją córką.
          Mówiąc te słowa Henry przygarną Anę do siebie i przytulił.
- Zapraszam do stołu. – odezwała się ta sama kobieta która wprowadziła przybyłych.
            Henry wskazał gościom drogę. Ana podziwiała wiele okazałych obrazów, które znała ze szkoły. Jej zamyślenie przerwał Henry; gdy weszli do wielkiej sali. Przy stole zasiadała Rebecca, pewna starsza kobieta, osoba ze schodów i dwóch młodych mężczyzn.
- Nareszcie zjawiła się pani znajda. – powiedziała ironizując Rebecca.
            Nie starała się ukryć niechęci do siostry. Ana puściła mimo uszu słowa siostry, pomimo, że nie było to łatwe. Henry tylko popatrzył na córkę i pokręcił głową.
- Córeczko chciałbym ci przedstawić moją mamę Sophię …
            Starsza kobieta żwawo poderwała się z krzesła, podeszła do Any i mocno przytuliła ją do siebie.
- Moja kochana wnuczko. Nawet nie wiesz jak się za Toba stęskniłam. Pamiętam cie jak byłaś o taka malutka. – mówiąc zademonstrowała rękami niewiele ponad czterdzieści centymetrów.
- Dzień dobry … babciu. – odpowiedziała po chwili namysłu Ana.
            Kobieta na te słowa uśmiechnęła się jeszcze radośniej.
- Zawsze marzyłam, żeby ktoś tak się do mnie zwrócił. – mówiła dalej – Wiesz – mówiąc to przysunęła się bliżej dziewczyny – bo ta trójka to taka jest niesforna i zawsze tylko starucha, starucha. To okropne nie mieć choć odrobiny szacunku dla starego.
            Wszyscy zgromadzeni na sali przysłuchiwali się gorączkowym słowom kobiety. Jej wnuczkowie tylko wywracali oczami. Nie nawiedzili rodzinnych spotkań. Starsza kobieta powróciła do stołu.
- Rebecce już znasz, moją żonę Elizabeth chyba tez poznaliście. Koło mojej mamy siedzi mój starszy syn Matthew, a obok Aaron.
           Ana skinęła do nich głowami. Jej przyrodni bracia tylko pogardliwie popatrzyli na nią.
- Kochanie usiądź koło mnie. – Ana usłyszała głos starszej kobiety. -  Mamy sobie tyle do opowiedzenia.
            Ana zbliżyła się do kobiety. Usiadła obok Na salę wniesiono wielkie półmisy z jedzeniem. Jeszcze nigdy dziewczyna nie widziała tak wielu dań. Kelnerzy zaczęli podawać jedzenie gościom. Ana była w ogromnym szoku. „ U nas to każdy sam się obsługuje.” – pomyślała. Nagle atmosfera spoważniała. Wyczuć można była ogromne napięcie. Do jadali wszedł otyły mężczyzna z lekkim wąsem. Trochę młodszy od Sophi. Obserwował Anę wzgardliwym spojrzeniem. Przeszedł koło jej miejsca nie przywitawszy się z przybyłymi gośćmi. Henry popatrzył na mężczyznę i powiedział do córki:
- To mój teść, a ojciec Elizabeth  - Jonathan Smith.
           Ana kiwnęła głową na znak przywitania.     
- Miło pana poznać. - powiedziała
            Mężczyzna tylko wzgardliwie popatrzył na nią.
- A mnie wręcz przeciwnie – powiedział mężczyzna odwracając głowę.   
            W triumfalnym geście odwrócił głowę. Podczas kolacji ani razu nie spojrzał na Anę. Sophia zbliżyła się do wnuczki i wyszeptała:
- Nie przejmuj się tym gburem. On zawsze taki jest. Tak samo jego córeczka.
            Ana na te słowa uśmiechnęła się. Kobieta sprawiła jej tymi słowami ogromną radość. Rebecca, by zrobić przykrość swojej siostrze, podniosła łyżkę i z uśmiechem na twarzy powiedziała:
- Nie wiem czy wiesz mieszkanko plebsu ale to co mam w ręce służy do jedzenia tego płynnego co masz na talerzu.
            Ana popatrzyła bezradnie po twarzach gości. Nie miała już apetytu.
- Masz ją przeprosić. – powiedział podniesionym głosem Henry. – Albo nie dokończysz kolacji.
            Rebecca na te słowa tylko się uśmiechnęła
- I dobrze.
            Mówiąc te słowa przewróciła krzesło i opuściła pokój. Atmosfera w jadalni była bardzo napięta. Jednak pogardliwych rozmów na temat Any było coraz więcej i więcej. Henry starał się im zapobiegać, jednak nic nie wskórał. Sophia nie mogła nadziwić się zachowaniu rodziny Henry’iego.
- Kochanie. – zwróciła się do Any. – Zabierz swoich znajomych i chodźmy się przejść. Bo czuję tu siarkę, a tego zapachu nie znoszę.
            Ana wstała od stołu podziękowała ojcu i już miała opuścić jadalnie gdy do jadalni ponownie weszła Rebecca i  powiedziała:
- Mamo, tato chciałam wam przedstawić … a raczej, Ano to ty powinnaś przedstawić.
 

*********************************************************

Przepraszam za tak długą nieobecność. Sprawy osobiste. Za tydzień od piątku do poniedziałku będę niedostępna więc rozdziałów nie będzie. Dzisiaj dodam dwa. Miłego czytania.
 

sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział trzeci


Następnego dnia Ana już była w samolocie. Lot przebiegał spokojnie. Kobieta cały lot z Meksyku do Miami zastanawiała się, co powie swojemu ojcu. Z początku wydawało jej się, że to wszystko będzie prostsze. W jej dusze wkradła się pewna niepewność i zwątpienie. Nie chciała przedłużać swoich męczarni, jakie przechodziła przez ostatnie kilka godzin.
- Miłego lotu i uważaj na siebie. – powiedział Thomas żegnając Anę na lotnisku.
- I dzwoń o każdej porze dnia czy nocy. – dodała Lukrecia.
           Dziewczynie najbardziej brakowało przyjaciół. Po niespełna godzinie lotu Ana dotarła na miejsce. Z lotniska odebrał ją przyjaciel z teatru z którym grała w przedstawieniach w czasie studiów. Wielokrotnie otrzymywała propozycje powrotu na scenę i wspólne granie, jednak Ana zawsze rezygnowała z rozwijania swojej pasji. Tłumaczyła to troską o dziadków w podeszłym wieku. Teraz zaczynała tego żałować. Była coraz starsza, a w jej zawodzie trudno znaleźć pracę w małym mieście. Chłopak zapewnił jej również nocleg.
- Wiesz może kto to jest Henry McGonagall? – zapytała Andreasa
- To znany prawnik i polityk. Ma swoją kancelarie prawniczą w centrum. A masz jakaś sprawę do niego?
- Tak pilnie potrzebuje się z nim spotkać.
- Ale dlaczego akurat z nim? Wiesz że jesteś podobna do jego córki jak dwie krople wody. Tylko ona ma włosy blond, a ty ciemne. Poza tym jesteście identyczne. Już dawno się nad tym zastanawiałem. Tak jakbyś była jego córką.
           Ana uśmiechnęła się lekko na te słowa. Andreas upewnił ją, że Henry jest jej ojcem, a dziewczyna o której mówił to jej siostra.
- Wiesz jest w tym wiele prawdy. Właśnie chcę to ustalić.
- No nie wierzę, moja Ana córką takiego bogacza. Muszę cię uprzedzić że Rebecca, a potencjalnie twoja siostra, to niezłe ziółko, tak jak jej rodzeństwo. To są raczej jakieś demony a nie dzieci. Płynie w nich diaboliczna krew.
            Ana na te słowa zaśmiała się głośno. Już dawno taka nie była.
- Chcesz zabiorę cie do jego kancelarii.
            Cieszyła się, że ma oparcie w starym przyjacielu. Wtem do domu weszła pewna dziewczyna z małą dziewczynką na rękach.
- Francesca! – wykrzyknęła Ana.
- Ana! Co ty tutaj robisz? – zapytała kobieta tuląc przybysza. – Jak dawno się nie widziałyśmy.
- Kochanie. Lepiej usiądź. Padniesz z wrażenia. – powiedział mężczyzna witając się z żoną.
            Ana wyruszyła wraz z Andreasem do kancelarii Henry’iego. Zajechali na ulicę Av de Cuba. Na rogu znajdowało się biuro Henry’ego McGonagalla.
- Iść z tobą, czy zaczekać tu na ciebie? – zapytał chłopak
- Pójdę sama, ale dziękuję.
          Ana wyszła z samochodu. Dziewczyna popatrzywszy przed siebie i powiedziała robiąc pierwszy krok w stronę pisanego jej przeznaczenia.
- Raz kozie śmierć.
          Ana weszła do budynku ogromnymi kręconymi drzwiami. We wnętrzu zobaczyła wiele krzątających się, elegancko ubranych osób. Wszyscy unikali jej spojrzenia. Ana starała się być radosna, jednak w perspektywie czekającej ją rozmowy nie było to łatwe. Gdy doszła do pokoju w którym na co dzień pracował Henry miała ochotę zawrócić, wybiec z budynku i nigdy do niego nie wracać. Jednak było już za późno na cokolwiek.
- Dzień dobry. – zwróciła się z stronę recepcjonistki.
           Kobieta popatrzyła krzywo na dziewczynę.
- Witaj Rebecco. – powiedziała spuszczając wzrok. – Twój ojciec jest teraz zajęty.
-  Ale ja chciałabym się z nim zobaczyć. – powiedziała dziewczyna.
           Kobieta złapała haczyk. Wyszła zza biurka, zastukała w drzwi i lekko je uchyliła. Ana nie słyszała słów kobiety. Recepcjonistka kiwnęła głową i zwróciła się do Any.
- Możesz wejść.
          Ana odetchnęła głęboko i weszła do środka. Na skurzanym krześle zobaczyła mężczyznę pod krawatem. Jego wiek określiła na około 50 lat. Nie mogła wydusić z siebie słowa. Mężczyzna wstał z krzesał i powiedział.
- Witaj kochanie! Co ty tu robisz? Nie powinnaś być z Matthew na przyjęciu?
          Mówiąc te słowa mężczyzna podszedł do Any i rozłożył ręce w geście powitania. Dziewczyna odsunęła się.
- Co się stało? – zapytał. – Kiedy zmieniłaś kolor włosów? Jeszcze wczoraj miałaś jasne włosy.
          Ana w dalszym ciągu milczała. Musiała nabrać odwagi by przemówić. Była tak przestraszona, że każde słowo które chciała powiedzieć ugrzęzło jej w gardle. Po chwili powiedziała:
- Dzień dobry panie McGonagall. Nazywam się Ana de Blanco. I chciałam z panem porozmawiać. Wiem …
          Jednak mężczyzna nie pozwolił jej kontynuować.
- To jakiś żart. Proszę dobrowolnie  opuścić mój gabinet albo wezwę ochronę.
- Chciałam z panem porozmawiać. Na pewno domyślił się pan kim tak naprawdę jestem.
- Proszę opuścić mój gabinet. Nie możesz być córką Isabelli

- Czy możemy porozmawiać jak cywilizowani ludzie?
          Mężczyzna tylko nerwowo poprawił źle zawiązany krawat. Wskazał Anie miejsce naprzeciwko swojego i sam usiadł.
- Co chcesz wiedzieć? Dlaczego mnie szukałaś?
- Wczoraj wydarzyło się coś co zmieniło moje życie. Dowiedziałam się, że pan żyje. A że wszystko zwaliło mi się na głowę i runęło jak domek z kart, postanowiłam pana odnaleźć i porozmawiać.
- Ale my nie mamy o czym rozmawiać. – skomentował mężczyzna.
- Czy pozwoli mi pan zadać sobie kilka pytań? Tylko o to proszę. Nie oczekuje niczego więcej.
         Mężczyzna tylko bezradnie skinął głową.
- Chciałabym wiedzieć dlaczego moja mama mówiła, że pan nie żyje. Tylko chciałabym, by powiedział pan prawdę. Nie zależy mi na obwinianiu kogokolwiek.
          Henry opowiedział Anie o jego romansie z przyjaciółką Isabelli i rozstaniu. Mężczyzna cieszył się, że wreszcie może to wszystko z siebie wyrzucić. Ana nie miała za złe swojemu ojcu. Minęło za dużo czasu, by mogła obwiniać o to kogokolwiek. Mężczyzna bezradnie patrzył na Anę i jej reakcję.
- Czy … czy wybaczysz mi to co zaszło tyle lat temu. Czy twoja mama mi wybaczy?
           Dziewczyna zwiesiła głowę.
- Moja mama nie żyje.
         To co zobaczyła na twarzy Henry’iego przeraziło ją i zaskoczyło. Była to bezkresna rozpacz.
- Ale, to nie możliwe.
- Czyli o niczym Pan nie wiedział. – stwierdziła Ana.
          Było jej żal tego mężczyzny. Na jego twarzy widniało wiele zmarszczek. Ana uważała że jest to skutek przemęczenia i cierpienia.
- Jak to się stało?
           Dziewczyna opowiedziała mu historię feralnego dnia i napadu na sklep w którym pracowała jej matka.
- Wbrew pozorom kochałem twoja mamę. – dodał na końcu. – Przepraszam, że nie było mnie przy tobie w tych ciężkich chwilach . Wiem co to znaczy stracić rodzica. Mój ojciec zmarł gdy miałem 20 lat.
- Bardzo mi przykro. – powiedziała grzecznie Ana.
          Cieszyła się, że postanowiła przyjechać do Madrytu i spotkać ojca.
- Wiesz to było dawno temu. Bardzo się cieszę, że nareszcie mogłem cie poznać. Pamiętam cie jak miałaś niespełna roczek. Wtedy wydarzyło się to wszystko.
- Ja tez się cieszę, że tu przyjechałam i mogłam pana poznać
- Proszę cię, nie mów mi per pan. Mów mi tato, ale jeśli nie chcesz to powiedz po prostu Henry.
- Dziękuję tato.
         Ana zawsze chciała wypowiedzieć to czteroliterowe magiczne słowo jakim jest - „tata”.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz dzisiaj do nas na obiad?
- Nie chciałabym przeszkadzać. Zapewne masz tato swoje sprawy.
- Ale ty jesteś teraz najważniejsza. Musimy nadrobić stracony czas. Mam nadzieje, że uda mi się to wszystko naprawić. Gdzie się zatrzymałaś?
- U moich przyjaciół z teatru.
- Jesteś aktorką? – zapytał zaskoczony mężczyzna.
- Można tak powiedzieć. Skończyłam szkołę teatralną.

- Więc musisz do nas przyjść ze swoimi przyjaciółmi. Porozmawiamy, zapoznamy się lepiej.
           Nagle ktoś wszedł do gabinetu. Ana ujrzała młodą dziewczynę. „Z pewnością to Rebecca” – pomyślała. Rebecca była szczupłą, wysoką blondynką. Niczego jej nie brakował. Nie widać było po niej ani grama cierpienia i ubóstwa, którego nieraz doświadczyła rodzina Any, w okresie, gdy zbiory nie były obfite.
- Część tato! Wypisz mi czek. Potrzebuje pieniędzy na … - powiedziała Rebecca urywając w pół zdania
          Popatrzyła na Anę i cofnęła się. Nie ukrywała szoku. Była zaskoczona, że widzi osobę tak podobną do siebie.
- Kto to jest? Czemu jest podobna do mnie? Prawie identyczna.
-  Czyli Rebecca nie wie? – pyta Ana.
         Henry podszedł do Rebecci i powiedział, starając się uspokoić drżący głos.
- Kochanie przedstawiam Ci Anę de Blanco - twoją siostrę bliźniaczkę.
         W tym momencie Rebecca usiadła na krześle i krzyknęła:
- To jakieś żarty prawda? To nie jest możliwe. Tu pewno jest jakaś ukryta kamera, kręcicie jakiś reality show. Oszaleliście.
- Kochanie to nie są żarty. Mówię prawdę. To jest twoja siostra Ana. Wiem, że to dla ciebie ogromny szok. Dla nas wszystkich to szok.
- Nie wierzę. Tato wyrzuć ją stąd. To oszustka.
          Ana tylko bezradnie popatrzyła na Henry’iego. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, jednak Rebecca nie pozwoliła mu dojść do słowa. Nieustannie krzyczała, prawie biegając po gabinecie. Nie mogła się pogodzić z tym co widzi.
- Pewnie chcesz pieniędzy. Wynos się. Żadnych pieniędzy nie dostaniesz. – krzyknęła w stronę swojej nowopoznanej siostry.
- Rebecco McGonagall uspokój się. Jesteś dobrze wychowaną panienką i nie wypada tak traktować naszych gości, a tym bardziej rodzinę.
- Musisz zrobić badanie DNA. Dopóki nie zobaczę pozytywnego wyniku nie uwierzę. Choćby zaraz pójdziecie do szpitala i zrobicie badania. Mama o tym wie?
- Elizabeth wie że nie jesteś jej córką ale nie ma pojęcia o istnieniu Any. Postanowiłem, że twoja siostra przyjdzie do nas dzisiaj na obiad i zostanie przedstawiona rodzinie.
- Nie! –krzyczy Rebecca uderzając pięścią o stół.
- To ja tu decyduje! Bez dyskusji. Co zrobiłaś z 10 000 euro które ostatnio ci przelałem?
           Po raz pierwszy od długiego czasu Henry zdobył się na odwagę, by przeciwstawić się córce. Zawsze starał się, by jego dzieci miały wszystko co potrzeba. Mieszkały w luksusach, zawsze miały pełne misy jedzenia. Na pytanie ojca Rebecca spuściła z tonu i odpowiedziała potulnym głosem, by nie urazić Henry’iego.
- Już się skończyły.

- Nie dostaniesz ani jednego grosza. Matka też Ci nie da. Już ja się o to postaram.
           Ana, podczas całej kłótni czuła się dość niezręcznie. Obserwowała to wszystko jako osoba trzecia. Nigdy nie lubiła wtrącać się do życia innych, a tym bardziej osób, które widzi pierwszy raz w życiu.
- Ja może Was zostawię. Nie chcę wam przeszkadzać. Musicie sobie wiele wyjaśnić – wtrąciła się Ana
- Kochana zaczekaj. – powiedział Henry. – Mam nadzieję, że wraz ze swymi przyjaciółmi przyjdziesz do Nas na obiad. Zapraszamy serdecznie. Prawda Rebecco?
- Ja nie będę brała udziału w tej farsie. – krzyknęła Rebecca
- Z przyjemnością. Bardzo dziękuje za zaproszenie w imieniu moich przyjaciół i  moim również.
           Ana z uśmiechem na twarzy opuściła gabinet ojca. Razem z Andreasem wyruszyła do jego domu. Nie zdradziła mu niczego z wizyty u ojca. Postanowiła że wszyscy razem porozmawiają o tym po powrocie. Następnie gabinet opuściła Rebecca. Usłyszała dźwięk telefonu.
- Rebecca McGonagall. - powiedziała
            W słuchawce usłyszała niski męski głos.
- Oczywiście, że możemy się spotkać. Proszę tylko przesłać mi adres. Oczywiście rozumiem, że nie chce pan by ktokolwiek wiedział o naszym spotkaniu. - z tymi słowami na ustach rozłączyła się. - Jeszcze pożałujesz, że przyjechałaś do Miami siostro. - powiedziała do siebie.


 *******************************************************

Kolejny rozdział, który możecie przeczytać. Dzisiaj trochę później niż zwykle za co przepraszam ;) Buziaki.
 

piątek, 7 czerwca 2013

Rozdział drugi


- Co się tam wydarzyło? – zapytał Thomas, gdy dotarli do ogromnego parku na obrzeżach miasta.
           Ana, była zrozpaczona. Nieustannie miała w uszach dźwięk tak przerażających słów, które usłyszała z ust babki: „Powinna wiedzieć, że jej ojciec żyje”. „Nie to nie prawda … - powtarzała sobie w myśli, -  … mój ojciec nie żyje, Nie może żyć”. Zdezorientowany chłopak potrząsnął lekko Aną. Dziewczyna bezradnie popatrzyła w twarz chłopaka. Thomas miał wrażenie, że z jego najlepszej przyjaciółki uszło życie. Jej wzrok był tak obojętny, a jej dusza tak nieobecna. Nie można było nawiązać z nią kontaktu. Ana usiadła na przydrożnej ławce. Nie zwracała uwagi na przechodzących gapiów.
- Pewno uciekła z kościoła z kochankiem – powiedział przechodzień.
- To szczyt bezczelności. Biedaczek, który musiał być jej narzeczonym. – powiedziała starsza  kobieta z pogardą w głosie.
 - Powinnaś się wstydzić. – krzyknęła młoda kobieta z dzieckiem na rękach.
           Ana tylko patrzyła niewidzialnym wzrokiem przed siebie. Nie docierały do niej krzyki ludzi i obelgi jakimi ją obrzucali. Thomas krzykną na gapiów, by nie wtrącali się w cudze sprawy. Gdy zamieszanie trochę ustało Ana cicho powiedziała:
- Mój ojciec żyje.
           Chłopak słysząc te słowa uznał, że jego przyjaciółka musiała doznać jakiegoś urazu podczas rozmowy z Domingiem.
- Nie, to nie możliwe. Przecież twój ojciec zmarł przed twoim urodzeniem. Sama tak mówiłaś.
           Na twarzy Any pojawił się nerwowy uśmiech.
- Ty niczego nie rozumiesz. Oni wszyscy kłamali. Mój ojciec żyje i mieszka w Miami. Babcia mówiła coś jeszcze o siostrze …
          Anie załamał się głos.
- I mam siostrę bliźniaczkę.
          Dopiero gdy wymawiała te słowa, dotarły one do jej umysłu.
- To jakiś absurd.
- Nie wierzysz mi prawda? – zapytała załamana. – Mój najlepszy przyjaciel mi nie wierzy.
          Chłopak potrząsnął głową. Nie mógł dopuścić do siebie myśli, że tak porządni ludzie za jakich uważał Cecylię i Patricia oraz Isabellę, którą pamiętał, z racji swojego wieku (był starszy od Any i Lukrecii o 4 lata) , mogli tak podle zachować się w stosunku do osoby, którą tak bardzo kochali.
- Ana spokojnie, musimy to wszystko przemyśleć. Być może co innego mieli na myśli..
           Dziewczyna na te słowa poderwała się z ławki i krzyknęła:
- Sugerujesz, że kłamię?
- Tego nie powiedziałem. Co dokładnie usłyszałaś?
          Ana opowiedziała mu całą historię. Thomas nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Jego myślenie o rodzinie de Blanco, całkowicie się zmieniło.
- Wiedziałem, że ten Nosterdino to kopia tatusia, tak samo podły. I co zamierzasz teraz zrobić?
- Jeszcze jutro pojadę do Miami i go odnajdę.
           Jeszcze nigdy Ana nie była tak pewna tego, co chce zrobić. Wiedziała, że nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie odszukała ojca. Nie zastanawiała się, jak on i jego rodzina zareagują na jej nagłe pojawienie się. Nie dbała o to. Chciała tylko na chwile go zobaczyć i porozmawiać z nim jak córka z ojcem. Spodziewała się, że zostanie odtrącona. Popołudnie i noc spędziła w domu Lukrecii i Thomasa. Jeszcze nigdy nie potrzebowała takiej bliskości przyjaciół jak wtedy. Jeszcze tego samego wieczoru powiadomiła dziadków o swoich planach. Nie chciała stać się taka jak ona. Nie miała przed nimi tajemnic. Z wyjątkiem tego jednego wieczoru. Dziadkowie nie pochwalali jej decyzji, jednak poprzysięgli sobie, że w tej sytuacji nie będą ingerować w życie wnuczki. Cecylia nie mogła wybaczyć Anie, pomimo swojego kłamstwa, tego, że jej wnuczka nie wyszła za Domingo. Uważała, że dziewczyna popełniła wielki błąd.

 
*          *          *

- Nie po to tyle się napracowałam, by w jednej chwili wszystko runęło w gruzach. – gorączkowała się Cecylia do swojego męża. - Powinnam ją zatrzymać i choćby siła zaprowadzić przed ołtarz. Teraz wszyscy wezmą nas na języki. Już widzę te nagłówki w lokalnej gazecie
„ Niesforna de Blanco wymknęła się z przed ołtarza Domingowi Nosterdino.”
- Dlaczego ukrywałaś, przede mną fakt, że Nosterdino wie? I jakim prawem podpisałaś z nim tak uwłaczającą umowę.
- On mnie szantażował. – zniżyła ton kobieta.
- To dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie. Mówiłem już dawno, że musimy powiedzieć Anie o jej ojcu i Rebecce.
- Nie mów o tej smarkuli. Nie chce jej widzieć na oczy. Niech jedzie do tego swojego ojczulka. Zdradziła nas, tak jak Henry zdradził nasza córkę. Widać, że są ulepieni z tej samej gliny.
- Jak możesz, jesteś jej babką a ona twoją wnuczką.
           Kobieta popatrzyła na twarz męża z pogardą. Nie mogła uwierzyć, że jej mąż tak broni Any. Jej duma nie pozwalała Cecylii myśleć dobrze o dziewczynie.
- Gdybym ja uciekła sprzed ołtarza przed ślubem z tobą rodzice złoili by mi skórę.
            Mężczyzna nie wierzył w słowa kobiety. W ich małżeństwo stawało na krawędzi. Już dawno coś wypaliło się w ich związku. Starali się jednak ukryć ten fakt przed dorastającą Aną. Chcieli jej stworzyć prawdziwą rodzinę, której nie miała. Nie wiedzieli, że dziewczyna jest świadoma rozpadu małżeństwa dziadków. Wiele razy w nocy płakała i żyła z myślą, że to z jej winy dziadkowie kłócą się po nocach. Zawsze starała się być wzorową wnuczka. Spełniała wszystkie polecenia Cecylii i Patricia. Czuła, że jest dla nich ciężarem.
- Teraz już nie musimy udawać że wszystko jest w porządku. – kontynuowała kobieta . – Od dawna nie było.
           Cecylia mówiąc te słowa wyszła z kuchni. Patricio spodziewał się, że kiedyś będzie musiał przeprowadzić taką rozmowę ze swoją żoną. Tej nocy spał w salonie. Nie musieli już ukrywać wzajemnej niechęci do siebie.


*******************************

Na razie są to przejściowe rozdziały, ale ważne dla całej akcji. Miłego czytania ;)

czwartek, 6 czerwca 2013

Rozdział pierwszy


Ana zerwała się w nocy z krzykiem.  Pamiętała tylko jeden widok. Rozbity samolot i siebie leżącą wśród spalonych fragmentów awionetki.
- Co się stało kochanie? – do pokoju wbiegła starsza kobieta z siwymi włosami.
           Chwile później zjawił się mężczyzna w podeszłym wieku, przystojny jak na swoje lata
- Oh babciu. – załkała Ana. – To było takie okropne. Ten samolot. To wszystko było tak realne.
           Dziewczyna wtuliła się w ramiona Cecylii de Blanco. To w nich znalazła pocieszenie piętnaście lat temu, gdy w napadzie zginęła jej matka Isabella. Od tamtej pory Ana dorosła, zaczęła podejmować coraz to poważniejsze decyzje. Ojca nigdy nie poznała. W jej rodzinie nie rozmawiano o mężu Isabelli. Gdy była małym dzieckiem zapytała matkę gdzie jest jej tatuś. Kobieta niepewnie odpowiedziała, że patrzy na nią z nieba. Ana więcej nie pytała o ojca. Zawsze marzyła o rodzeństwie. Nigdy się go nie doczekała. Jej rodzeństwem byli Lukrecia i Thomas Amaral - rodzeństwo.
- Kochanie nie płacz. Przeżywasz jutrzejszy dzień Każda panna młoda tak ma. A teraz śpij. Musisz być wypoczęta. To będzie wspaniały dzień.  – pocieszała Anę Cecylia.
           Po raz kolejny Ana usłyszała jaką radość sprawia babce myśl o ślubie wnuczki z najbardziej wpływowym mężczyzną w Guadalajarze. To babka poznała tych dwoje i to ona najbardziej naciskała na Anę, by przyjęła zaręczyny młodego Nosterdino. Cecylią i Patricio opuścili pokój wnuczki. Mężczyzna nie pochlebiał małżeństw z rozsądku, a tym bardziej z takim mężczyzną jakim był Domingo.
 

Poranek był ciepły, jednak spowity ciężką mgłą. Czuć było napięcie panujące dookoła. Dziewczyna miała wrażenie, że natura czuje się tak samo zgnębiona i zagubiona  jak ona. W domu od samego rana panował ponury nastrój. Wszyscy za czymś ganiali, krzyczeli na siebie. Jedynym  pragnieniem Any była ucieczka z tego miejsca pełnego waśni i nienawiści.
Dziewczyna niechętnie ubrała bogatą suknie ślubną koloru kości słoniowej z delikatnymi perłami. Takim strojem Domingo chciał pokazać swojej wybrance, jak bogaty jest zasób jego portfela i poniżenie narzeczonej, której dziadkowie żyją z winnicy, a on jest znanym synem znanego ojca. Ana poszła na poszukiwanie babki. Nigdzie nie mogła jej znaleźć. Jeden z pomocników kreatora ślubnego, którego wynajął Domingo, wskazał miejsce gdzie dziewczyna mogła odnaleźć Cecylię. Ana ruszyła wąskim korytarzem prowadzącym do piwnicy, gdzie Patricio kolekcjonował wina. Ana usłyszała kłótnie. Chciała wejść do środka i powstrzymać kłócących się. Jednak przez przypadek usłyszała swoje imię. Nie była tym zaskoczona. Często słyszała rozmowy o sobie, w których ona nie brała udziału. Babka usprawiedliwiała to jej szczęściem. Jednak to co usłyszała później zmroziło jej krew w żyłach.
- Musimy jej o tym powiedzieć. – powiedziała babka
- Nie taka była nasza umowa pani de Blanco. Chyba nie musze pani przypominać, że gdyby Ana dowiedziała się, a szczególnie od pani, o naszej wspólnej tajemnicy nie dostała by ani grosza ze spadku swojej matki, który miała dostać po ślubie.
- Ale to ją dotyczy i to najbardziej. Powinna wiedzieć, że jej ojciec żyje.
           Słysząc te słowa pod Aną ugięły się nogi. Chciała z tamtą odejść, jednak nie była w stanie.
- Niech pani mówi ciszej – powiedział podniesionym głosem Domingo. – Chyba nie chcemy, by ktoś się o tym dowiedział. I tak samo że ma siostrę bliźniaczkę. Jeśli będzie pani chciała jej to powiedzieć, to proszę się dobrze zastanowić, bo będzie musiała pani ponieść konsekwencje a chyba nie chcemy by stało się coś złego Anie choćby przez przypadek.
- Proszę mi nie grozić wiem, że taka jest treść naszej umowy, jednak Ana to moja wnuczka. Przez tyle lat ukrywaliśmy przed nią jej pochodzenie.
- Nie bardzo rozumiem. Przecież Ana dobrze wie kto jest jej matką
- Tak, jednak to nie wystarczy. Chyba pan to rozumie. Każdy chce wiedzieć kim są jego rodzice. A poza tym mój mąż nie wie że zawarliśmy taka umowę.
         Domingo po chwili namysłu odwrócił się w stronę dębowych drzwi chroniących dostępu do piwnicy. Mężczyzna ujrzał skrawek sukni Any. Dziewczyna nie kryła już swojej obecności. Mocno popchnęła dębowe drzwi.
- A kogo my ty mamy. – powiedział podchodząc w stronę kobiety.
         Od Any emanowała ogromna dawka zacięcia i odwagi. Żadna kobieta nie odważyłaby się sprzeciwić takiemu mężczyźnie. Pomimo, że była o wiele niższa niż jej narzeczony, który mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, podniosła odważnie głowę i patrzyła mu prosto w oczy.
- Kochanie co tu robisz. Nie ładnie podsłuchiwać. – powiedział ironizując.
         Mężczyzna podniósł rękę i dotknął policzka dziewczyny. Ta jednym ruchem strąciła dłoń Dominga.
- Brzydzę się Toba. – wykrzyknęła.
- Nie tym tonem.
         Domingo złapał ja mocno za przedramię. Na twarzy Any pojawił się grymas bólu. Mężczyzna dodał:
- Gdzie się podziała ta moja potulna przyszła żona?
- Jak on się nazywa?- wysyczała przez zęby zainteresowana.
- Nie ważne. Dzisiaj zaczynasz nowe życie u mojego boku.
- Jak się nazywa? – powtórzyła pytanie.
          Domingo odwrócił się z stronę Cecylii. Nie wypuścił ręki Any z mocnego uścisku. Dziewczyna usłyszała cichy głos załamanej babki.
- Henry McGonagall. Mieszka w Miami i jest Amerykaninem. Twoja siostra bliźniaczka to Rebecca. Chyba mieszka razem z ojcem i jego rodziną, ale nie jestem pewna.
- Babciu jak mogłaś? Dlaczego nic mi nie powiedzieliście?
- To wszystko dla twojego dobra.
          Dziewczyna wyszarpała się z uścisku i podeszła do babki. Nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Chciała jej zadać tak wiele pytać, które cisnęły się jej na język. Nie miała siły. Czuła się wyczerpana.
- Dla mojego dobra? A ten ślub? Po co to wszystko?
           Kobieta nie odpowiedziała. Ana chciała opuścić to pomieszczenie i nigdy nie wrócić do tego miejsca, do tych ludzi. Miała dość życia w cieniu, wśród ludzi którzy nieustannie dyktowali jej co ma robić i jak żyć. Wreszcie miała okazje, by uciec od tego świata i zacząć wszystko od nowa. Jedyna myśl która towarzyszyła jej w tym momencie to ucieczka i odszukanie ojca. Powtarzała sobie w myśli dane, które podała jej Cecylia. Szybko odwróciła się i chciała wybiec z piwnicy. Na jej drodze stanął Domingo.
- Nie tak szybko. – usłyszała jego głos. – Najpierw ślub moja żono.
- Nie masz prawa tak mnie nazywać.
          Mężczyzna stanął na jej drodze. Nie miała wyjścia. Przytuliła się do Domingo. Mężczyzna oszołomiony nie wiedział co robić. Ana z całych sił kopnęła Domingo w piszczel, a gdy zgiął się z bólu, kolanem wycelowała w jego twarz. Mężczyzna zawył z bólu, a po jego twarzy ociekała  krew. Ana ile sił w nogach pobiegła przed siebie. Modliła się, by Domingo nie dogonił jej. Był zdolny ją zabić, szczególnie, gdy Ana zastosowała usprawiedliwioną przemoc wobec niego. Chwile później usłyszała krzyki babki i Dominga, który ruszył za nią w pogoń. Ana zobaczyła przed sobą znajomą twarz. To był Thomas. Dziękowała Bogu, że właśnie jego ujrzała. Szybko podbiegła do niego, złapała go za rękę i krzyknęła zdyszana:
- Błagam cie, zabierz mnie z tego piekła.
           Chłopak nie zastanawiał się ani chwili. Słysząc błagania Any i krzyki Domingo ruszył za dziewczyną. Przyjaciele wybiegli na dwór przed hacjendę. Thomas wyciągnął kluczyki do motoru z kieszeni spodni. Szybko wsiedli na motor i z piskiem opon odjechali. Udało im się ruszyć, zanim w drzwiach mieszkania pojawił się Domingo, Cecylia i Patricio.
- By to szlag! - krzyknął za odjeżdżającą parą Domingo – To wasza wina. Pożałujecie tego! – odezwał się do Cecylii i Patricia.
          Mówiąc te słowa wrócił do środka. W mieszkaniu zapanowała panika, gdyż Domingo wpadł w taka furię, jakiej nikt u niego jeszcze nie widział. Mężczyzna wyrwał z rąk kelnera chustę i zakrył krwawiący nos.
- Nie daruje jej tego! – poprzysiągł sobie.
          Ceremonia została odwołana. Nosterdino został upokorzony przed całym miastem. Jeszcze nikt tak go nie potraktował. Jednak jego podły charakter nie pozwoli mu zapomnieć o ucieczce Any z przed ołtarza. Zapragnął się na niej zemścić. Już w pierwszym momencie przyszedł mu do głowy pewien plan, który mógł zostać zrealizowany w najbliższym czasie.
- To będzie jej wielki upadek. – powiedział do siebie podle się uśmiechając.

 *************************************************

Pierwszy rozdział już gotowy. Mam nadzieję, że się Wam on spodoba. Z czasem akcja zacznie się rozwijać. Oj będzie się działo. Jeśli prowadzicie własne blogi i chcecie się podzielić własną twórczością nie tylko tą pisarską piszcie ich adresy w komentarzach pod postami. Buziaki ;*