Następnego dnia Ana już była w
samolocie. Lot przebiegał spokojnie. Kobieta cały lot z Meksyku do Miami
zastanawiała się, co powie swojemu ojcu. Z początku wydawało jej się, że to
wszystko będzie prostsze. W jej dusze wkradła się pewna niepewność i
zwątpienie. Nie chciała przedłużać swoich męczarni, jakie przechodziła przez
ostatnie kilka godzin.
- Miłego lotu i uważaj na siebie. – powiedział Thomas
żegnając Anę na lotnisku.
- I dzwoń o każdej
porze dnia czy nocy. – dodała Lukrecia.
Dziewczynie
najbardziej brakowało przyjaciół. Po niespełna godzinie lotu Ana dotarła na
miejsce. Z lotniska odebrał ją przyjaciel z teatru z którym grała w przedstawieniach
w czasie studiów. Wielokrotnie otrzymywała propozycje powrotu na scenę i wspólne
granie, jednak Ana zawsze rezygnowała z rozwijania swojej pasji. Tłumaczyła to
troską o dziadków w podeszłym wieku. Teraz zaczynała tego żałować. Była coraz
starsza, a w jej zawodzie trudno znaleźć pracę w małym mieście. Chłopak
zapewnił jej również nocleg.
- Wiesz może kto to jest Henry McGonagall? – zapytała
Andreasa
- To znany prawnik i polityk. Ma swoją kancelarie prawniczą
w centrum. A masz jakaś sprawę do niego?
- Tak pilnie potrzebuje się z nim spotkać.
- Ale dlaczego akurat z nim? Wiesz że jesteś podobna do jego
córki jak dwie krople wody. Tylko ona ma włosy blond, a ty ciemne. Poza tym
jesteście identyczne. Już dawno się nad tym zastanawiałem. Tak jakbyś była jego
córką.
Ana
uśmiechnęła się lekko na te słowa. Andreas upewnił ją, że Henry jest jej ojcem,
a dziewczyna o której mówił to jej siostra.
- Wiesz jest w tym wiele prawdy. Właśnie chcę to ustalić.
- No nie wierzę, moja Ana córką takiego bogacza. Muszę cię
uprzedzić że Rebecca, a potencjalnie twoja siostra, to niezłe ziółko, tak jak
jej rodzeństwo. To są raczej jakieś demony a nie dzieci. Płynie w nich
diaboliczna krew.
Ana na te słowa zaśmiała się
głośno. Już dawno taka nie była.
- Chcesz zabiorę cie do jego kancelarii.
Cieszyła się, że ma oparcie w starym przyjacielu. Wtem do domu
weszła pewna dziewczyna z małą dziewczynką na rękach.
- Francesca! – wykrzyknęła Ana.
- Ana! Co ty tutaj robisz? – zapytała kobieta tuląc
przybysza. – Jak dawno się nie widziałyśmy.
- Kochanie. Lepiej usiądź. Padniesz z wrażenia. – powiedział
mężczyzna witając się z żoną.
Ana wyruszyła wraz z Andreasem do kancelarii
Henry’iego. Zajechali na ulicę Av de Cuba. Na rogu znajdowało się biuro
Henry’ego McGonagalla.
- Iść z tobą, czy zaczekać tu na ciebie? – zapytał chłopak
- Pójdę sama, ale dziękuję.
Ana
wyszła z samochodu. Dziewczyna popatrzywszy przed siebie i powiedziała robiąc
pierwszy krok w stronę pisanego jej przeznaczenia.
- Raz kozie śmierć.
Ana weszła do budynku ogromnymi
kręconymi drzwiami. We wnętrzu zobaczyła wiele krzątających się, elegancko ubranych osób. Wszyscy unikali jej
spojrzenia. Ana starała się być radosna, jednak w perspektywie czekającej ją
rozmowy nie było to łatwe. Gdy doszła do pokoju w którym na co dzień pracował
Henry miała ochotę zawrócić, wybiec z budynku i nigdy do niego nie wracać.
Jednak było już za późno na cokolwiek.
- Dzień dobry. – zwróciła się z stronę recepcjonistki.
Kobieta
popatrzyła krzywo na dziewczynę.
- Witaj Rebecco. – powiedziała spuszczając wzrok. – Twój
ojciec jest teraz zajęty.
-
Ale ja chciałabym
się z nim zobaczyć. – powiedziała dziewczyna.
Kobieta
złapała haczyk. Wyszła zza biurka, zastukała w drzwi i lekko je uchyliła. Ana
nie słyszała słów kobiety. Recepcjonistka kiwnęła głową i zwróciła się do Any.
- Możesz wejść.
Ana
odetchnęła głęboko i weszła do środka. Na skurzanym krześle zobaczyła mężczyznę
pod krawatem. Jego wiek określiła na około 50 lat. Nie mogła wydusić z siebie
słowa. Mężczyzna wstał z krzesał i powiedział.
- Witaj kochanie! Co ty tu
robisz? Nie powinnaś być z Matthew na przyjęciu?
Mówiąc
te słowa mężczyzna podszedł do Any i rozłożył ręce w geście powitania. Dziewczyna
odsunęła się.
- Co się stało? – zapytał. –
Kiedy zmieniłaś kolor włosów? Jeszcze wczoraj miałaś jasne włosy.
Ana
w dalszym ciągu milczała. Musiała nabrać odwagi by przemówić. Była tak
przestraszona, że każde słowo które chciała powiedzieć ugrzęzło jej w gardle.
Po chwili powiedziała:
- Dzień dobry panie McGonagall.
Nazywam się Ana de Blanco. I chciałam z panem porozmawiać. Wiem …
Jednak
mężczyzna nie pozwolił jej kontynuować.
- To jakiś żart. Proszę dobrowolnie
opuścić mój gabinet albo wezwę ochronę.
- Chciałam z panem porozmawiać.
Na pewno domyślił się pan kim tak naprawdę jestem.
- Proszę opuścić mój gabinet. Nie
możesz być córką Isabelli
- Czy możemy porozmawiać jak
cywilizowani ludzie?
Mężczyzna
tylko nerwowo poprawił źle zawiązany krawat. Wskazał Anie miejsce naprzeciwko
swojego i sam usiadł.
- Co chcesz wiedzieć? Dlaczego
mnie szukałaś?
- Wczoraj wydarzyło się coś co
zmieniło moje życie. Dowiedziałam się, że pan żyje. A że wszystko zwaliło mi
się na głowę i runęło jak domek z kart, postanowiłam pana odnaleźć i
porozmawiać.
- Ale my nie mamy o czym
rozmawiać. – skomentował mężczyzna.
- Czy pozwoli mi pan zadać sobie
kilka pytań? Tylko o to proszę. Nie oczekuje niczego więcej.
Mężczyzna
tylko bezradnie skinął głową.
- Chciałabym wiedzieć dlaczego
moja mama mówiła, że pan nie żyje. Tylko chciałabym, by powiedział pan prawdę.
Nie zależy mi na obwinianiu kogokolwiek.
Henry
opowiedział Anie o jego romansie z przyjaciółką Isabelli i rozstaniu. Mężczyzna
cieszył się, że wreszcie może to wszystko z siebie wyrzucić. Ana nie miała za
złe swojemu ojcu. Minęło za dużo czasu, by mogła obwiniać o to kogokolwiek. Mężczyzna bezradnie patrzył na Anę i jej reakcję.
- Czy … czy wybaczysz mi to co
zaszło tyle lat temu. Czy twoja mama mi wybaczy?
Dziewczyna
zwiesiła głowę.
- Moja mama nie żyje.
To
co zobaczyła na twarzy Henry’iego przeraziło ją i zaskoczyło. Była to bezkresna
rozpacz.
- Ale, to nie możliwe.
- Czyli o niczym Pan nie wiedział.
– stwierdziła Ana.
Było
jej żal tego mężczyzny. Na jego twarzy widniało wiele zmarszczek. Ana uważała
że jest to skutek przemęczenia i cierpienia.
- Jak to się stało?
Dziewczyna
opowiedziała mu historię feralnego dnia i napadu na sklep w którym pracowała
jej matka.
- Wbrew pozorom kochałem twoja
mamę. – dodał na końcu. – Przepraszam, że nie było mnie przy tobie w tych
ciężkich chwilach . Wiem co to znaczy stracić rodzica. Mój ojciec zmarł gdy
miałem 20 lat.
- Bardzo mi przykro. –
powiedziała grzecznie Ana.
Cieszyła
się, że postanowiła przyjechać do Madrytu i spotkać ojca.
- Wiesz to było dawno temu.
Bardzo się cieszę, że nareszcie mogłem cie poznać. Pamiętam cie jak miałaś
niespełna roczek. Wtedy wydarzyło się to wszystko.
- Ja tez się cieszę, że tu przyjechałam
i mogłam pana poznać
- Proszę cię, nie mów mi per pan.
Mów mi tato, ale jeśli nie chcesz to powiedz po prostu Henry.
- Dziękuję tato.
Ana
zawsze chciała wypowiedzieć to czteroliterowe magiczne słowo jakim jest -
„tata”.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz
dzisiaj do nas na obiad?
- Nie chciałabym przeszkadzać.
Zapewne masz tato swoje sprawy.
- Ale ty jesteś teraz
najważniejsza. Musimy nadrobić stracony czas. Mam nadzieje, że uda mi się to
wszystko naprawić. Gdzie się zatrzymałaś?
- U moich przyjaciół z teatru.
- Jesteś aktorką? – zapytał
zaskoczony mężczyzna.
- Można tak powiedzieć. Skończyłam szkołę teatralną.
- Więc musisz do nas przyjść ze
swoimi przyjaciółmi. Porozmawiamy, zapoznamy się lepiej.
Nagle
ktoś wszedł do gabinetu. Ana ujrzała młodą dziewczynę. „Z pewnością to Rebecca”
– pomyślała. Rebecca była szczupłą, wysoką blondynką. Niczego jej nie
brakował. Nie widać było po niej ani grama cierpienia i ubóstwa, którego nieraz
doświadczyła rodzina Any, w okresie, gdy zbiory nie były obfite.
- Część tato! Wypisz mi czek. Potrzebuje
pieniędzy na … - powiedziała Rebecca urywając w pół zdania
Popatrzyła
na Anę i cofnęła się. Nie ukrywała szoku. Była zaskoczona, że widzi osobę tak
podobną do siebie.
- Kto to jest? Czemu jest podobna
do mnie? Prawie identyczna.
-
Czyli Rebecca nie wie? – pyta Ana.
Henry
podszedł do Rebecci i powiedział, starając się uspokoić drżący głos.
- Kochanie przedstawiam Ci Anę de
Blanco - twoją siostrę bliźniaczkę.
W
tym momencie Rebecca usiadła na krześle i krzyknęła:
- To jakieś żarty prawda? To nie
jest możliwe. Tu pewno jest jakaś ukryta kamera, kręcicie jakiś reality show.
Oszaleliście.
- Kochanie to nie są żarty. Mówię
prawdę. To jest twoja siostra Ana. Wiem, że to dla ciebie ogromny szok. Dla nas wszystkich to szok.
- Nie wierzę. Tato wyrzuć ją
stąd. To oszustka.
Ana
tylko bezradnie popatrzyła na Henry’iego. Mężczyzna chciał coś powiedzieć,
jednak Rebecca nie pozwoliła mu dojść do słowa. Nieustannie krzyczała, prawie
biegając po gabinecie. Nie mogła się pogodzić z tym co widzi.
- Pewnie chcesz pieniędzy. Wynos
się. Żadnych pieniędzy nie dostaniesz. – krzyknęła w stronę swojej nowopoznanej
siostry.
- Rebecco McGonagall uspokój się.
Jesteś dobrze wychowaną panienką i nie wypada tak traktować naszych gości, a
tym bardziej rodzinę.
- Musisz zrobić badanie DNA.
Dopóki nie zobaczę pozytywnego wyniku nie uwierzę. Choćby zaraz pójdziecie do
szpitala i zrobicie badania. Mama o tym wie?
- Elizabeth wie że nie jesteś jej
córką ale nie ma pojęcia o istnieniu Any. Postanowiłem, że twoja siostra
przyjdzie do nas dzisiaj na obiad i zostanie przedstawiona rodzinie.
- Nie! –krzyczy Rebecca uderzając
pięścią o stół.
- To ja tu decyduje! Bez
dyskusji. Co zrobiłaś z 10 000 euro które ostatnio ci przelałem?
Po
raz pierwszy od długiego czasu Henry zdobył się na odwagę, by przeciwstawić się
córce. Zawsze starał się, by jego dzieci miały wszystko co potrzeba. Mieszkały
w luksusach, zawsze miały pełne misy jedzenia. Na pytanie ojca Rebecca spuściła
z tonu i odpowiedziała potulnym głosem, by nie urazić Henry’iego.
- Już się skończyły.
- Nie dostaniesz ani jednego
grosza. Matka też Ci nie da. Już ja się o to postaram.
Ana,
podczas całej kłótni czuła się dość niezręcznie. Obserwowała to wszystko jako
osoba trzecia. Nigdy nie lubiła wtrącać się do życia innych, a tym bardziej
osób, które widzi pierwszy raz w życiu.
- Ja może Was zostawię. Nie chcę
wam przeszkadzać. Musicie sobie wiele wyjaśnić – wtrąciła się Ana
- Kochana zaczekaj. – powiedział
Henry. – Mam nadzieję, że wraz ze swymi przyjaciółmi przyjdziesz do Nas na
obiad. Zapraszamy serdecznie. Prawda Rebecco?
- Ja nie będę brała udziału w tej
farsie. – krzyknęła Rebecca
- Z przyjemnością. Bardzo
dziękuje za zaproszenie w imieniu moich przyjaciół i
moim również.
Ana
z uśmiechem na twarzy opuściła gabinet ojca. Razem z Andreasem wyruszyła do
jego domu. Nie zdradziła mu niczego z wizyty u ojca. Postanowiła że wszyscy
razem porozmawiają o tym po powrocie. Następnie gabinet opuściła Rebecca. Usłyszała dźwięk telefonu.
- Rebecca McGonagall. - powiedziała
W słuchawce usłyszała niski męski głos.
- Oczywiście, że możemy się spotkać. Proszę tylko przesłać mi adres. Oczywiście rozumiem, że nie chce pan by ktokolwiek wiedział o naszym spotkaniu. - z tymi słowami na ustach rozłączyła się. - Jeszcze pożałujesz, że przyjechałaś do Miami siostro. - powiedziała do siebie.
*******************************************************
Kolejny rozdział, który możecie przeczytać. Dzisiaj trochę później niż zwykle za co przepraszam ;) Buziaki.